81-844 Sopot ul. Armii Krajowej 95/1A · tel.fax:+48 551 01 35 +48 602 251 791

opptrojmiasto@wp.pl · musial_opptrojmiasto@wp.pl · punkt-konsultacyjny@wp.pl

PRZEPRACOWANIE W PRZECIWPRZENIESIENIU – DALSZE REFLEKSJE

Irma Brenman Pick

Chciałabym podzielić się przemyśleniami, które przyszły do mnie po publikacji artykułu  „Przepracowanie w przeciwprzeniesieniu” (1985). Dobrze znamy dotychczasowe koncepcje przeciwprzeniesienia. Freud i Klein we wczesnych pracach uznawali je za zniekształcenie percepcji przez psychopatologię analityka. Pojęcie przeciwprzeniesienia zdefiniowała na nowo Paula Heimann (1950), widząc w nim „narzędzie badania nieświadomości pacjenta”. Racker, Winnicott i inni autorzy rozwinęli tę myśl (odrzuconą przez Klein), uznając, że przeciwprzeniesienie stanowi specyficzną reakcję na pacjenta,  oraz podkreślając, iż należy odróżnić je od wtargnięcia przeciwprzeniesienia nerwicowego i nerwicy analityka w pracę analityczną.

           Money-Kyrle omówił różnice między „normalnym” a obronnym przeciwprzeniesieniem, czyli między sytuacją, w której przeciwprzeniesienie pomaga analitykowi rozumieć pacjenta a okolicznościami, w których analityk obronnie unika własnych uczuć, co szkodzi postępom analizy. Odróżnianie normalnego przeciwprzeniesienia od obronnego uważam za postawę użyteczną, choć te dwa warianty nie występują w czystej postaci. Można jedynie określić, który z nich dominuje.

           W roku 1982 Eric Brenman napisał: „Być może najtrudniejszym aspektem narcystycznych problemów analityka jest mierzenie się z poczuciem bezsensu i wrażeniem, że wiara w analizę to jedynie puste urojenie. Sposób, w jaki analityk radzi sobie z tym uczuciem, ma ogromne znaczenie [...]. Niektórzy pacjenci potrafią nader sprawnie wywołać ów stan w analityku”.

           Podkreślałam w przeszłości, że obiekty częściowe, z którymi pacjent wchodzi w relację i które są celem projekcji, są w istocie częściami umysłu analityka. Oznacza to, że pacjenci nie tylko projektują dane treści w analityka, ale też potrafią kierunkować projekcję ku określonemu aspektowi umysłu analityka: na przykład ku jego pragnieniu bycia matką, ku chęci posiadania wszechwiedzy lub zaprzeczenia nieprzyjemnej wiedzy, ku popędowemu sadyzmowi analityka bądź ku obronie przeciwko temuż sadyzmowi. Przede wszystkim zaś – pacjent kieruje projekcje w stronę wewnętrznych obiektów analityka, zwłaszcza superego.

           W ostatnich latach zauważyliśmy, że pacjenci potrafią bardzo sprawnie „odczytywać” czy i jak analityk radzi sobie z projekcjami. Jako przykład przytoczę sen pewnego pacjenta, wściekłego na analityczkę i przekonanego, że nie poradzi sobie z jego złością.

           „Kończę studia i zaczynam pracę jako anestezjolog. Prowadzimy operację jakiejś kobiety. W jej brzuchu tkwi sprzęt laparoskopowy. Kobieta budzi się i chce wstać. Uspokajam ją i podaję leki, by znów zasnęła”. W skojarzeniach do snu pacjent mówił o analizie.

           Moglibyśmy zatem pomyśleć, że pacjent skończył studia nad sobą i teraz bada analityczkę (to w jej brzuchu tkwi sprzęt laparoskopowy). Pacjent sądzi (być może z dozą wszechmocy), że wybudził analityczkę, ale też uważa, że musi podać jej leki, ponownie ją uspokoić.

           Sytuacja analityczna pozwala nam wnikliwie przyglądać się takim zjawiskom – ale są one powszechne w każdej relacji, także w małżeństwie! Bion napisał, że dwoje ludzi tworzy związek gdy tylko się spotkają, nawet jeśli nie zdają sobie z tego sprawy (dodałabym: i nawet jeśli im się to nie podoba!). Przychodzi mi w tym punkcie na myśl stary spór o czynniki wrodzone versus środowiskowe: zawsze operują i pierwsze, i drugie. Moim zdaniem, to samo należy powiedzieć o wzajemnej relacji przeniesienia i przeciwprzeniesienia.

           Wszyscy doświadczamy nieustannej oscylacji między pozycją paranoidalno-schizoidalną a pozycją depresyjną. Klein pisała, że ów ruch trwa przez całe życie i nigdy nie osiąga ostatecznego układu. Psychoanaliza nie „leczy” – nie usuwa wczesnych lęków i obron. Analiza może co najwyżej wzmocnić wyposażenie pozwalające na mierzenie się z owymi prymitywnymi stanami i na ich przepracowywanie, co prowadzi do ruchu w kierunku bardziej realistycznych i troskliwych postaw, wpisanych w pozycję depresyjną.

           Zgadzamy się więc, że głodne niemowlę (lub niemowlę doznające innej krzywdy) wierzgając i krzycząc bądź zamykając się w sobie – dokonuje rozszczepienia na obiekty idealne i prześladowcze. Z początku niemowlę samo postrzega siebie w analogiczny sposób. Stopniowo, korzystając ze wsparcia, niemowlę zaczyna brać pod uwagę istnienie innych ludzi i zewnętrznej rzeczywistości. Kiedy mierzymy się z bólem, w pierwszym odruchu powracamy do owych prymitywnych stanów. Tym, co różni „dojrzałość” od reakcji niemowlęcia jest umiejętność rozpoznawania stanów paranoidalno-schizoidalnych, przepracowywania i pozostawiania ich za sobą.

           Używając pojęć Biona można powiedzieć, że dojrzałość to ruch od języka winy w kierunku języka osiągnięć. W zwyczajnych okolicznościach taki ruch niewątpliwie zachodzi bardzo szybko i poza udziałem świadomości. Jednak sądzę, że w przypadku ludzi o strukturze „jak gdyby” obserwujemy specyficzne zjawisko – zachowują się tak, jakby ich własna „dobroć” pozwalała im się wzbić ponad opisany wyżej proces.

           Podobną myśl odnieść można także do analityków o charakterze „jak gdyby”. W ich przypadku proces psychoanalityczny może wprowadzić bądź nasilić atmosferę sztuczności, w której pacjent i analityk uznają, iż analiza wykracza poza obszar zwykłych ludzkich przeżyć. Znaczyłoby to, że „przeanalizowany” (w przeszłości) analityk rości sobie prawo do nadludzkiej dojrzałości i „dobroci”, zaś wszelkie niechciane, prymitywne siły istnieć mają jedynie po stronie pacjenta. Sztuczność może z pozoru wydawać się siłą, ale w istocie skrywa słabość. Takim analitykom towarzyszy ogromny strach przed zdemaskowaniem i „odkryciem”.

Superwizja

           Opisane procesy występują, rzecz jasna, także poza sesjami psychoanalitycznymi – są wszechobecne. Ich przejawy znajdziemy także w relacji superwizyjnej. Zauważyłam, że „błaha” pogawędka czy „niezwiązane z materiałem” zachowania na początku sesji superwizyjnej często okazują się swego rodzaju swobodnymi skojarzeniami do przedstawionych później treści dotyczących pacjenta. Podobną prawidłowość zaobserwował Leon Grinberg (1960).

Pani A.

           Pewna kompetentna analityczka spóźnia się 5 minut na pierwszą sesję superwizyjną. Nie przeprasza, nie tłumaczy się. Od razu zaznacza, że musi bardzo punktualnie wyjść, by zdążyć na kolejne spotkanie. Opowiada o pacjentce, która pochodzi z odległej części świata. Obecnie pacjentka korzysta z czterech sesji tygodniowo, ale niedługo kontakt rozrzedzi się do trzech spotkań w tygodniu. Pacjentka jest związana z mężczyzną, który niedawno wyjechał do pracy do innego kraju i być może niebawem będzie chciała do niego dołączyć – wówczas analiza przedwcześnie się zakończy. Zauważyłam (choć nic nie powiedziałam), że analityczka wydaje się mało przejęta wizją przerwania analizy, mimo że opisuje pracę z bardzo zaburzoną młodą kobietą.

           Analityczka przedstawiła odczucia pacjentki na temat ojca: wedle pacjentki ojciec miał obsesję na punkcie swojej pracy i swojego hobby.  Był nieobecnym, zachłannym mężczyzną. Matkę, wedle słów pacjentki, cechowała skłonność do narzucania bliskości i stawiania wysokich wymagań. Pacjentka skarżyła się także na zbyt wysokie wymagania partnera: pragnął seksu co noc.

           Na początku przedstawianej przez panią A. sesji pacjentka skarżyła się, że ma problemy ze snem – było jej za ciepło lub za zimno. Doświadczała poczucia utraty, ale upierała się, że po wyjeździe chłopaka niczego nie poczuła.

           Powiedziałam analityczce, że dość „chłodno” zareagowała na wizję przedwczesnego zakończenia analizy i zasugerowałam, że być może rozstanie nie budzi żadnych uczuć ani lęków między panią A. a pacjentką (odbywa się „na zimno”), bo w przeciwnym wypadku mogłoby zrobić się zbyt gorąco (matka i chłopak domagają się od pacjentki nadmiernej bliskości). Zastanawiałam się też (ale już w milczeniu), czy analityczka na tym etapie pracy nieświadomie obawia się ogromnych potrzeb pacjentki.

           Na początku przedstawianej przez panią A. sesji pacjentka mówiła, że właśnie wróciła z restauracji, gdzie przyglądała się menu. Pacjentka zapytała analityczkę, jak po angielsku nazywają się ośmiornice. A zatem – w jaki sposób pacjentka i analityczka (oraz superwizantka i ja) rozmawiają o oplatających, groźnych mackach? Myślę, że w tym materiale wyraźnie widać wszechobecny wątek klaustro/agorafobiczny. Mniej oczywiste wydaje się, czy to pacjentka boi się oplecenia bądź opuszczenia przez analityczkę, czy też jest odwrotnie.

           Korzystając z przeciwprzeniesienia można lepiej zrozumieć wczesne relacje pacjentki z rodzicami, nieobecnymi (ojciec) lub obecnymi w nadmiarze (matka). Przypomniałam sobie moje wcześniejsze spostrzeżenie dotyczące „chłodnej” postawy analityczki wobec własnego spóźnienia na sesję superwizyjną i dbałości o punktualne wyjście; analityczka zaplanowała nasze spotkanie w taki sposób, że kolejne mogło odbyć się dopiero za kilka miesięcy. To oczywiście wywołuje wiele kolejnych pytań o sposób regulowania relacji superwizyjnej. Na przykład – czy zgadzam się na chłodną, może nawet zbyt zimną relację, czy może sama staję się kimś natrętnym i wymagającym?

           W niniejszym referacie postaram się zilustrować te zagadnienia kolejnymi przykładami pracy superwizyjnej. Uważam, że pacjenci mogą projektować nieznośne uczucia w analityka, a jeśli on nie potrafi ich znieść – nieświadomie projektuje je w superwizora.

Pani B.

           Następny przykład dotyczy uczuć związanych z opuszczeniem.

           Pani X., superwizantka, o tydzień wcześniej skończyła planowany urlop zagraniczny. Na początku spotkania opowiada mi o wspaniałym przyjęciu, na którym była poprzedniego wieczora. W duchu wyrzucam sobie, że nie przyjęłam zaproszenia na tę imprezę, a zamiast tego wybrałam się na męczące spotkanie na temat postaw wobec uchodźców poszukujących azylu! Czy to tylko zbieg okoliczności? Pani X. opowiada mi o piątkowych krzykach żony pacjenta, a ja już od jakiegoś czasu (wewnętrznie) krzyczę! Koleżanka, która słyszała co nieco o pacjentce, powiedziała pani X.: „Biedna jesteś, pracując z tą pacjentką”, na co superwizantka odparła: „To nie ja jestem biedna, Irma jest biedna!”.

           Zdumiewa mnie ów zbieg okoliczności. Analityczka bawi się na przyjęciu, podczas gdy ja rozmyślam o niedoli uchodźców. Czy to żona pacjenta staje się (krzyczącym w piątek) uchodźcą, i czy analityczka wyprojektowuje podobne uczucia? Być może faktycznie Irma jest teraz „biedna”? Ból „uchodźców”, ludzi niechcianych, staje się „gorącym kartoflem”, przerzucanym z rąk do rąk.

           Dwa dotychczasowe przykłady koncentrowały się na analitykach, zdystansowanych – przynajmniej chwilami – od uczuć pacjentów. W takich okolicznościach superwizor może czuć się „opuszczony”, samotnie przeżywać ból bez możliwości łatwego podzielenia się nim z superwizantem.

           Podczas innej superwizji spotkałam się z młodą psychoterapeutką dziecięcą. Thea pracuje w służbie zdrowia (jest moją odległą znajomą). Na początku spotkania opowiada mi o wspaniałych wakacjach, spędzonych z rodziną, a gdy zabieramy się za pracę, informuje mnie o drastycznych cięciach finansowych w placówkach publicznych. Nie może czuć się bezpiecznie w pracy z dzieckiem. Przedstawia materiał z terapii Toma, chłopca, z którym od roku spotyka się, z przerwami, dwa razy w tygodniu. Chłopiec cierpi na bardzo poważne zapalenie skóry, leczy się na oddziale dermatologicznym szpitala, w którym pracuje Thea. Terapeutka pozostaje w ścisłym kontakcie z pielęgniarką dermatologiczną. Tłumaczy mi, że czasami swędzenie doprowadza chłopca do ataków paniki, a wówczas – za radą pielęgniarki – zasłania okna i włącza wentylator, by obniżyć temperaturę gabinetu.

           Sześcioletni Tom pochodzi z Afryki. Wychowuje go matka, ojciec ze względu na przemoc stosowaną wobec rodziny nie ma prawa przebywać w okolicy, w której mieszka Tom. Ojciec korzysta z prawa do telefonicznych kontaktów z chłopcem. Thea ma wrażenie, że Tom nie lubi rozmów z ojcem i traktuje je jak swego rodzaju okup. Matka czuje się bardzo obciążona opieką nad Tomem, nigdy go nie chciała i tak dalej. Nie potrafi poradzić sobie z zachowaniami syna. Thea i pielęgniarka dermatologiczna zawzięcie walczyły o utrzymanie regularnych sesji terapeutycznych, ale późną wiosną matka zabrała chłopca do Afryki na dwa tygodnie (które przerodziły się w miesiąc). Po powrocie matka „przerwała” leczenie Toma, ale dała się namówić na kontynuację terapii, następnie zaś przyszedł czas letniego urlopu Thei.

           Thea przedstawia trzecią sesję po opisanym okresie przerw. Przytoczę skróconą wersję superwizowanego materiału oraz naszą rozmowę podczas superwizji.

           Tom rozpoczyna spotkanie nieco bojaźliwie, nawiązuje kontakt wzrokowy z Theą. Pyta, czy Thea chciałaby zobaczyć, jak wykonuje taniec Micheala Jacksona. Przedstawia skomplikowaną sekwencję taneczną. Thea dziwi się jego zręczności i zwinności; mówi: „Dzisiaj chcesz mi pokazać, jak wiele potrafisz i jakim jesteś dobrym tancerzem”. Chłopiec mówi, że jeszcze nie skończył, po czym „domyka” sekwencję.

           Chłopiec siada i mówi z powagą, że w filmie „Thriller” Michael Jackson tańczy wraz z grupą tancerzy. Ścigają go „źli”, trafia do miejsca pełnego pająków i „złych”, którzy do niego strzelają, są – TAK BLISKO.

           (Jestem nieco zagubiona. Myślę o niedawnej śmierci Micheala Jacksona oraz o jego lekarzu, oskarżonym o morderstwo).

           Tom mówi, że w filmie dziewczyna woła Michaela, bo boi się, że odszedł i ją zostawił – ale gdy Michael wraca, dziewczyna jest szczęśliwa. Mówiąc o tym Tom cały czas drapie się po brzuchu (Wydaje mi się – Thea też to sugeruje – że coś niepokojącego dzieje się pod przykryciem ekscytacji chłopca. Jestem zdziwiona inteligencją i elokwencją chłopca).

           Tom, nadal podekscytowany, zaczyna bawić się samochodami, a następnie prosi Theę, by przyniosła mu „pana Cwaniaka”, figurkę chłopca, którą stawia na głowie, jakby pan Cwaniak robił salto. Thea czuje się coraz bardziej pomieszana. Mówi, że samochody i autobusy kierowane ręką chłopca poruszają się w niebezpieczny sposób i zastanawia się, czy powinna bać się wypadku (opiera tę myśl na przeciwprzeniesieniu?). Pan Cwaniak przewraca się, ale Tom podkreśla, że nic mu się nie stało.

           Chłopiec wraca do opowieści o filmie. Podkreśla, że to, co Michael Jackson robi w filmie, nie jest prawdziwe, to tylko filmowe sztuczki. Thea komentuje, mówiąc, że może Tom czuje, że dorośli też potrafią być cwaniakami.

           Rozwija się sekwencja chaotycznej zabawy: wyją syreny, pojazdy ratunkowe ruszają na pomoc, ale poruszają się bardzo bezładnie i niebezpiecznie.

           Tom mówi, że jest panem Tam-taram, i tak dalej. Zaczyna bawić się zabawkowym telefonem (przypominam sobie o wątku rozmów telefonicznych z ojcem).

           Chłopiec prosi Theę, by narysowała mu drzewo liściaste. Spokojniejszym tonem dodaje: moja babcia mieszka w Afryce – wie pani, tam jest wojna. Rysuje wojskowy samolot; „to jest wojskowy samolot”. Rysuje słońce; „w Afryce jest bardzo gorąco” - nie podoba mu się to. Nie lubi nauczycielki, pani C., która chce, żeby się starał, a jemu jest gorąco, wszystko go swędzi, ale pani C. upiera się, że ma się starać. Jest dla niego niemiła. Pani C. „kremuje” go (skórę Toma trzeba co jakiś czas pokryć warstwą kremu), ale tego też nie lubi.

           Sesja dobiega końca, a Thea pozwala chłopcu zabrać do domu zabawkowy londyński autobus (ustalili to wcześniej, gdy chłopiec czuł się bardzo prześladowany, a Thea czuła, że potrzebował czegoś, czego mógłby się uchwycić, by utrzymać dobre treści z sesji). Pyta też, czy wykorzystał całą godzinę – czy rozpoczęli o czasie?

           Poczułam się nieco przytłoczona tragedią tego dziecka. Powiedziałam Thei, że rozumiem jej poczucie braku bezpieczeństwa – jak pracować w takich okolicznościach? Ponownie przyszedł mi na myśl lekarz Michaela Jacksona i wyobraziłam sobie, że Thea pracuje w podobnych warunkach. Powiedziałam, że Tom nie lubi, gdy nauczycielka go „kremuje”, łagodzi jego ból, i przypomniałam Thei o śmieci Michaela Jacksona oraz o lekarzu oskarżonym o morderstwo. Lekarz koił ból Michaela Jacksona środkami farmakologicznymi; wydaje mi się się, że Thea boi się podobnego oskarżenia. Z drugiej strony Tom mówi, że nie lubi niemiłej nauczycielki – być może musi mierzyć się z czymś całkowicie nieznośnym. Próbuje uznać swoje przeżycia za nieprawdziwe – zamienia je w filmowy thriller, ale w istocie przebywa w prawdziwej strefie wojny: zarówno jeśli chodzi o wyjazd do Afryki, jak i wojnę między rodzicami. Stara się użyć pewnej sztuczki i mówić sobie, że to wszystko nie dzieje się naprawdę. Jednak opiekują się nim ludzie pozbawieni kontroli nad sobą (jak pojazdy ratunkowe w zabawie), więc jeśli za pomocą sztuczek nie odgrodzi siebie i Thei od rzeczywistości, „źli” (na wojnie w Afryce i na wojnie w domu) zbliżą się się tak bardzo, że naprawdę nie da się tego znieść.

           Thea mówi, że moje słowa skojarzyły się jej z opowieścią Toma sprzed kilku dni. Chłopiec opowiedział jej o leczeniu „światłem” (ultrafioletem?) w szpitalu. Thea z bólem relacjonuje, iż chłopiec musi samotnie wchodzić do gabinetu lekarskiego, gdzie przebywa nagi z wyjątkiem osłony na penisa, którego – wedle słów chłopca – trzeba zakryć, by nie zachorował na raka i nie umarł. Podczas jednej z sesji „terapii światłem” osłona zaczęła się zsuwać, a Tom w panice wybiegł  z pomieszczenia, za co matka go spoliczkowała.

           Teraz możemy sobie w pewnej mierze wyobrazić, co oznaczają „nieznośne” przeżycia. Cokolwiek zrobi Thea, nie będzie dobrze; możemy zrozumieć jej strach przed zbliżającym się wypadkiem. Terapeutka może albo koić ból Toma (przypominam jej, że otrzymała nawet instrukcje dotyczące ochładzania temperatury), albo zdecydować na ominięcie „osłony” – czyli sztuczek, obron maniakalnych – ale to prowadziłoby do nieznośnej świadomości uczuć, na które narażony jest chłopiec. Wydaje się, że Thea słucha moich słów z ulgą. Jednak zwracam jej uwagę, że chłopiec czuje się odsłonięty nie tylko wobec obiektów. W opowieści o filmie „Thriller” dziewczyna boi się, że chłopak ją zostawił. Mówię Thei, że opuściła chłopca, a na jego pytanie o wykorzystanie pełnego czasu sesji w pewnym sensie należy udzielić negatywnej odpowiedzi. Thea mówiła o cięciach finansowych w służbie zdrowia, ale w istocie czuje, że dziecko nie dostaje wystarczającej pomocy, mając dwie sesje w tygodniu i długą przerwę. Wygląda na to, że terapeutka jest tym wszystkim bardzo zmartwiona: jest dobrą osobą i nie chce czuć (po wspaniałych wakacjach, o których mi opowiedziała), że Tom widzi w niej kogoś okrutnego, kto go porzucił. „Źli” są faktycznie bardzo blisko; „zła” analityczka, która porzuciła Toma, oraz „złe” uczucia, które się w nim kotłują. Thea powiedziała, że pozwoliła chłopcu zabrać do domu zabawkowy autobus – bo czuła, że potrzebuje uchwycić się czegoś dobrego.

           Rozmawiamy o bólu wpisanym w tę sytuację i o poczuciu, że cokolwiek Thea zrobi, jej działanie okaże się niewłaściwe. Mam wrażenie, że wspólne zastanowienie się nad tym pomaga Thei. Obie czujemy, że może uda się jej omówić część tych spraw z Tomem.

           Pod koniec sesji superwizyjnej myślę, z czym musi zmierzyć się terapeutka; nasze spotkanie zbliża się do końca, a ona z pewnością nie jest na to gotowa. Słyszę własny głos: proponuję Thei, że jeśli zaczniemy kolejne sesje odrobinę wcześniej, nie będą musiały kończyć się tak nagle. W ten sposób udało mi się „nieco wydłużyć” 50 minut. Zachowałam się zatem podobnie jak Thea, która dała chłopcu coś ponad normę, pozwoliła mu zabrać autobus do domu. Wygląda na to, że poczułam się winna, że nie dałam jej wystarczająco dużo w trudnej sytuacji: tak samo, jak Thea czuje się w pracy z Tomem.

           Myślę, że pracy z bardzo zaniedbanymi/straumatyzowanymi dziećmi/pacjentami towarzyszy pewien szczególny kłopot. Gdy tacy pacjenci znajdą dobry, rozumiejący obiekt, pragną, by terapeuta stał się ich prawdziwą matką. W przeciwprzeniesieniu pojawia się wówczas pragnienie, by matkować pacjentowi oraz poczucie winy związane z niedostatecznie dobrą opieką, i tak dalej. W takiej sytuacji występuje dodatkowe ryzyko: „pan Cwaniak” może skupić się na podkreślaniu złych aspektów obiektów, wokół nich osnuć fabułę „thrillera” i uniknąć odpowiedzialności za własne „złe”, pobudzone części, za to, jak sam traci kontrolę.

           Zewnętrzna i wewnętrzna rzeczywistość zagrażają Tomowi i podchodzą doń TAK BLISKO. W Afryce jest za gorąco, podobnie jak w skórze chłopca. Thea usłyszała, że powinna obniżyć temperaturę gabinetu; z pewnością jest to rada zbieżna z przeżyciami chłopca w chwilach, w których robi się gorąco; na przykład w momentach paniki w gabinecie „leczenia światłem”. Matka wówczas także rozgrzewa się do czerwoności i brakuje kogoś (ojca), kto mógłby ją uspokoić.

           Przedstawiony materiał na pewno wywołuje wiele rozmaitych myśli i można rozumieć go na wiele sposobów. Mam nadzieję, że rezonuje z naszymi przeżyciami i daje nam szansę zastanowienia się nad siłą uczuć, z którymi sami musimy się mierzyć. Dorośli pacjenci w gabinetach także zmuszają nas do określonych przeżyć przeciwprzesieniowych – do tego, by ich „kremować” i koić ich ból (dać im zabawkę, którą mogliby zabrać do domu) bądź by narażać ich na zbyt intensywne doznania; do tego, by koncentrować się na rzeczywistości zewnętrznej, nie uwzględniając wewnętrznej, bądź na odwrót; do tego, by być dobrym obiektem i nie widzieć własnej roli prześladowcy, bądź by pracować zbyt intensywnie, gdy pacjent pozostaje panem Tam-taram, bo jakże mógłby starać się bardziej, skoro jest tak rozgrzany i wszystko tak go swędzi... Mamy wiele tematów do rozmyślań.

           A pacjent jest cwany – wie, za które sznurki pociągnąć terapeutę!

           Gdy pracujemy z dziećmi, bardzo łatwo dajemy się wepchnąć w macierzyńską rolę lub wikłamy się w inne z opisanych wyżej sposobów.

           Teraz przedstawię przykład pracy superwizyjnej z doświadczoną analityczką, która momentami wątpiła w mój wkład; sądziła, że nie do końca „rozumiem” jej przeżycia z pacjentem. Sama także doświadczałam wątpliwości co do mojej pracy. Analityczka rozpoczęła jedną z sesji superwizyjnych mówiąc, że nie wie, jak przekazać mi swoje wrażenie, że nie potrafi powiedzieć niczego, co naprawdę dotarłoby do pacjentki. Matka pacjentki zmarła w kilka miesięcy po porodzie. Po wielu latach analizy pacjentka ustaliła z analityczką termin zakończenia pracy. Superwizantka przedstawiła szczegółowy opis sesji; ledwo udało mi się nie zasnąć. Również nie potrafiłam znaleźć żadnych sensownych słów, które mogłabym wypowiedzieć. Pomyślałam, że w sesji występowało dużo rozmowy, jakby pogawędki, choć pod powierzchnią wyczuwało się coś śmiertelnego. Kiedy próbowałam przekazać tę myśl superwizantce, zaczęłam zastanawiać się, czy kiedykolwiek miała okazję przebywać w towarzystwie umierającej osoby w szpitalu – czy zna to niespójne przeżycie żywej pogawędki z kimś, kto umiera.

           Nagle pomyślałam, że matka pacjentki zmarła na oddziale szpitalnym kilka miesięcy po przyjściu córki na świat, a teraz analityczka rozmawia z nią o zakończeniu terapii. Być może wraz z superwizantką przeżywamy coś podobnego? Gdy o tym powiedziałam, superwizantka zmieniła nastawienie i powiedziała: „to było niezwykle pomocne”. Wydaje się, że nagle zyskałyśmy możliwość dzielenia się przeżyciami, zaś do tej pory czułyśmy się z nimi całkowicie same, jak pacjentka/niemowlę. Treści, które analityczka we mnie wprojektowała, stały się teraz wspólnym przeżyciem. Hans Thorner napisał niegdyś: „Samotny los człowieka sprawia, że dzielenie się przeżyciami z drugą osobą nabiera ogromnego znaczenia”!

Dyskusja

           Money-Kyrle napisał: „(...) istnieje dość dynamiczny ruch oscylacyjny między introjekcją a projekcją. Gdy pacjent mówi, analityk introjekcyjnie identyfikuje się z nim, a gdy zrozumie go od wewnątrz, dokonuje re-projekcji i interpretacji”. Dalej jednak zaznacza, że proces ten zawodzi „jeśli pacjent zanadto przypomina analityka w aspekcie, którego analityk jeszcze nie nauczył się rozumieć (…), bowiem to wywołuje w nim napięcie i lęk”. Zdaniem Money-Kyrle'a pacjent reaguje na takie momenty, a napięcie i lęk analityka jeszcze bardziej obniżają możliwości rozumienia reakcji pacjenta, co wprawia w ruch błędne koło.

           Jeśli chcemy w naszej pracy dotrzeć do pacjentów, musimy pozostać otwarci na przeżycia emocjonalne, ale też dysponować przestrzenią pozwalającą je przetwarzać i myśleć o nich. Przedstawione przeze mnie przykłady pokazują, co może się zdarzyć, gdy brakuje myślenia. Superwizja jest przestrzenią odzyskiwania myślenia, ale moim zdaniem superwizant – podobnie jak w przypadku spotkania analitycznego – komunikuje się nie tylko za pomocą słów, ale też może projektować w superwizora własne nieznośne przeżycia. Podkreślam, że wszyscy bywamy ofiarą lęków, które budzą się w nas poza naszą świadomością. Każdy z takich momentów można rozumieć jako przejaw „patologicznego przeciwprzeniesienia”, utrudniającego pracę analityczną.

           Krótko mówiąc – analityczka, która bawi się na przyjęciu, kiedy ja rozważam los uchodźców, oraz spóźniająca się analityczka obronnie odcinają się od bólu, z którego nie zdają sobie sprawy, a który płynie do nich od pacjentów. Zamiast krzyczeć z bólu, są „na przyjęciu”, albo „nie ma ich”.

           Na koniec zostawiłam przykład pracy superwizyjnej z młodą analityczką, która przyszła do mojego gabinetu zimą i zapytała, czy ma zdjąć buty. Powiedziałam, że nie ma takiej potrzeby, a wówczas analityczka odparła, że matka zawsze tego się domagała – nawet od małych dzieci. Był to drobny żart, który obydwie zrozumiałyśmy jako odniesienie do „staromodnej, marudnej matki”.

           W dalszej części sesji superwizyjnej analityczka opowiedziała mi o rozpaczy, jaka towarzyszy jej w pracy z pacjentem, którego wcześniej ze mną nie omawiała. Przedstawiła materiał, w którym pacjent wylewa z siebie potoki perwersyjnych, seksualnie nasyconych treści, jakby bawiło go „wygadywanie świństw” w sposób, moim zdaniem, stanowiący nadużycie analizy. Z zaskoczeniem zauważyłam, że superwizantka była przekonana, że jako „analityczki” powinnyśmy z otwartością przyjmować sytuację, w której pacjent używa sobie na niej za pomocą „świństw” – tak, jakby nie było miejsca na żadną staromodną matkę czy ojca, którzy mogliby powiedzieć: „Zaraz, chwileczkę...”.

           Zatem w superwizji mamy do czynienia nie tylko z parą superwizant - pacjent, ale też z wewnętrznymi, rodzicielskimi postaciami superwizanta.

           Usiłowałam w tej pracy wyjaśnić „rozdźwięk” między pojęciem patologicznego przeciwprzeniesienia (problemu analityka) a przeciwprzeniesieniem jako sposobem komunikacji. Starałam się pokazać, że te problemy mogą się ze sobą ściśle przeplatać, bo mimo silnych dowodów na występowanie patologicznego przeciwprzeniesienia, pacjenci odtwarzają w przeniesieniu wzorce z przeszłości, nie tylko atakując analizę, ale też komunikując dane treści. Pacjenci dysponują świadomą lub nieświadomą wrażliwością na umiejętności i braki analityka, jak we śnie, w którym pacjent zrezygnował ze studiów nad sobą i prowadzi laparoskopię wnętrza brzucha kobiety/analityczki! Jeśli para analityk-superwizor potrafi poradzić sobie z takimi problemami, przeciwprzeniesienie staje się narzędziem badania, a projekcję można przekształcić w sytuację dzielenia bólu.

           Kiedy przedstawiłam ten referat na forum Brytyjskiego Towarzystwa Analitycznego, niektórzy słuchacze wskazali na zagrożenie rozmyciem granic między superwizją a analizą. Inni pogratulowali mi pracy w stylu francuskim! Nie stawiałam sobie jednak za cel próby określenia najlepszej techniki prowadzenia superwizji. Uważam, że opisana przeze mnie dynamika występuje w skrajnych, zwykłych i subtelnych formach między superwizorem a superwizantem i prawdopodobnie wpływa na sposób, w jaki superwizor (zwykle nieświadomie) reaguje na połączenie materiału pochodzącego od pacjenta i od superwizanta.

           Sądzę, że możemy skorzystać z większej świadomości działania owych czynników. Zdarza się, że jako superwizorzy bywamy wciągani w rozmaite rozegrania w przytoczony przeze mnie sposób – na przykład identyfikujemy się z opuszczonym pacjentem, przyjmujemy postawę zbyt zdystansowaną lub zbyt natrętną, sprzymierzamy się przeciwko matce (lub przeciwko analitykowi superwizanta), zastępujemy bezradność wszechmocą i tak dalej. Być może może czasami decydujemy się nie wywoływać wilka z lasu i nie zastanawiamy się nad czymś znanym jako takt: pojęcie to, co ciekawe, pochodzi od łacińskiego tactus, czyli dotyk, a oznacza „umiejętność zachowania się w sposób opanowany, delikatny, niewywołujący nieporozumień i konfliktów”.

Tłumaczenie – Lech Kalita

miejsce na artykuł

Szkolenia

Teksty naukowe

O nas

Psychoanaliza

Aktualności

Audio-Wideo

Konferencje