Małgorzata Ojrzyńska

Pomiędzy anarchią a porządkiem, czyli o antropocentyrycznym stosunku do świata i lękach, które go wywołują

„Życie to anarchia! Tylko śmierć zaprowadza porządek!” (słowa wypowiedziane podczas sesji przez pacjenta) (Bergstein, 2021, str. 239 )

Była słoneczna, majowa sobota. Sąsiad właśnie postawił ostatni, 26 worek wypełniony świeżo skoszoną trawą. Jego trawnik przypominał głowę rekruta. Oznajmił mi, że ostatnio opryskał go, by pozbyć się wszystkich roślin dwuliściennych. Z jego opowieści wynikało, że uznaje, iż na trawniku może być tylko trawa, żadnej koniczyny, rdestu ptasiego czy mniszka lekarskiego. Sąsiad planował też, że zastosuje jeszcze środek zwalczający mech, nornice, krety i będzie bliski celu. Jego trawnik miał szansę stać się biologiczną pustynią, jednak wydawało się, że to nie zaprzątało jego myśli. Podobnie jak to, że ogałacając glebę z martwej materii organicznej czyni ją  coraz bardziej jałową (Borejza, 2023). Był pewien swoich racji, chwalił mi się, że ma rolnicze wykształcenie. Wyraźnie czuł, że stoi za nim autorytet poważnej instytucji.

To nie był koniec jego sobotnich porządków w ogrodzie. Sąsiad, używając ciśnieniowej myjki, systematycznie, fuga za fugą zaczął usuwać wszystko, co zakiełkowało pomiędzy kostkami betonowego bruku. Przy okazji narzekał, że wysokie ciśnienie wody wypłukuje nie tylko rośliny, ale też piach, więc powstają puste szpary. Będzie musiał zamówić ciężarówkę nowego piachu, by je uzupełnić. I tak do następnego razu (okres kiełkowania np. mniszka lekarskiego trwa 2 – 3 tygodnie, a nasionko tej rośliny może przebyć kilkukilometrowy lot od rośliny macierzystej). Wytchnienie przyniesie sąsiadowi dopiero zima.

Kilka domów dalej, wyraźnie mniej zasobny mieszkaniec, którego nie było stać na myjkę wiodącej firmy – sunął po podjeździe na kolanach, wydłubując rośliny ze szczelin bruku przy pomocy noża.

Być może dla wielu z Was opisane obrazki są dobrze znane? Może nawet są własnym doświadczeniem wysiłków na rzecz „pielęgnacji ogrodu”?

W niniejszym wystąpieniu chciałabym przyjrzeć się zjawisku obsesyjnej kontroli nad światem przyrody i spróbować opisać je w terminach psychoanalitycznych. Pomysł ten przyszedł mi do głowy podczas lektury książki Avnera Bergsteina „Niezbadane rejony życia psychicznego. Wyprawy Wifreda Biona i Donalda Meltzera” (Bergstein, 2021), a dokładnie – uważnego czytania rozdziału  siódmego, który traktuje o obsesyjności, spotkaniach z prawdą i obiektem estetycznym.

Autor odwołuje się do koncepcji konfliktu estetycznego Donalda Meltzera i opisuje go następująco: „… niemowlę nie wie, co matka czuje w środku i dlaczego przychodzi i odchodzi. Wydaje się, że przytłacza je psychiczny ból, kiedy konfrontuje się z faktem, że obiekt jego miłości, budzący ekstatyczne i wzniosłe poczucie jedności, jest także niejednoznaczny, odrębny i poza jego wszechmocną kontrolą (Bergstein, 2021, str. 187). Uważam, że nie tylko niemowlę konfrontuje się z obiektem o takich właściwościach. Kontakt z matką przynosi pierwszą sytuację konfliktu estetycznego w naszym życiu, ale nie ostatnią. Sądzę, że to początek pewnego doświadczenia, które nigdy nie ma końca. Przypomnijmy sobie chociażby podobne opisy przeżyć osób stojących na szczytach gór czy wpatrujących się w rozgwieżdżone niebo: mówią o poczuciu podziwu, wspólnoty z naturą, kontaktu z czymś wielkim i wspaniałym przy jednoczesnym lęku i poczuciu własnej kruchości wobec potężnego i tajemniczego świata. No właśnie. Fakt, iż obiekt jest „poza wszechmocną kontrolą” budzi bardzo silne emocje. Jednak nie tylko zachwytu (choć także). Tajemnicze, zagadkowe wnętrze obiektu budzi niepewność, lęk, strach przed nieprzyjęciem (Bergstein, 2021).  Janine Chasseguet – Smirgel uzupełnia ów opis zwracając uwagę na „narcystyczne zranienie, które jest wspólne dla wszystkich istot ludzkich, a bierze swój początek w niemowlęcej bezradności i zależności, które sprawiają, że dziecko jest całkowicie w rękach matki” (Chasseguet- Smirgel, 1976, str. 280). Autorka twierdzi, że „psychika każdego zostaje na zawsze naznaczona tą pierwotną bezradnością” (tamże). Wskazuje też, że owa „dziecięca zależność od matki, absolutnie konieczna dla przetrwania, jest głównym źródłem […] powstawania obrazu matki jako omnipotentnej postaci” (Chasseguet- Smirgel, 1976, str. 280). Wszechmocna matka, która może zrobić z nami wszystko… Tajemnicza, wspaniała, niepoznawalna . Matka – natura również ma takie właściwości. Zachwyca i przeraża jednocześnie. Wywołuje psychiczny ból. Stawiam tezę, że w obliczu kontaktu z naturą wraca do nas konflikt estetyczny znany nam z najwcześniejszych momentów życia. Wraca wraz ze wszystkimi uczuciami, jakie budził: z zachwytem, przerażeniem, bezradnością, bezsilnością i aktywuje wszystkie, dostępne nam obrony wobec tychże uczuć. 

Wg Meltzera, jak pisze Bergstein, czynnikiem rozwoju psychicznego jest „odkrywanie wnętrza obiektu […] i wytrzymywanie jego inności” (Bergstein, 2021, str. 187). Inność oznacza też niepoznawalność. Badamy, odkrywamy, poznajemy, ale wciąż coś jest przed nami, wciąż pojawiają się nowe pytania. Ten proces nie ma końca. To fascynujące, ale niezwykle trudne zarazem. Zaczyna się wraz z pierwszymi dniami życia i towarzyszy nam nieustannie. Często obciąża i wyczerpuje. Myślę, że m. in. z tego powodu psychoanaliza budzi irytację, ponieważ nie daje jednoznacznych odpowiedzi, pokazując, że kilka interpretacji tego samego zjawiska może być równie trafnych, a „pod spodem” jest jeszcze coś. Trudno to wytrzymać… Myślę, że z podobnych przyczyn emocjonalnych – trudno przyjmowana była np. hipoteza Gai. Hipoteza, która zakładała, że Ziemia jest całościowym, zintegrowanym „organizmem” na skalę planetarną, składającym się zarówno z nieożywionych, jak i ożywionych elementów tworzących jedność. Ów „superorganizm”, wg tej hipotezy, ma system samoregulacji, w którym procesy biologiczne i ekologiczne kontrolują wiele parametrów, pozwalających na utrzymywanie życia na naszej planecie. W hipotezie tej człowiek jest jednym z wielu równorzędnych elementów systemu, a nie wyjątkową jego częścią. Konfrontacja z taką myślą musi budzić bezradność, niepokój, ale też fascynację czy zachwyt nad złożonością i zagadkowością świata. Kiedy myślimy o tak złożonej organizacji – ponownie znajdujemy się w pozycji niemowlęcia, które „nie wie, co matka ma w środku” i dlaczego dzieje się z nią to, o się dzieje.

Hipoteza Gai powstała w 1974 roku i początkowo nie była popularna w świecie nauki, jednak od około dwudziestu lat – jest w nim coraz bardziej obecna (liczba cytowań w literaturze naukowej gwałtownie wzrosła). Profesor Tim Lenton z Uniwersytetu w Exeter uważa, że koncepcja Gai jako samoregulującego się systemu ziemskiego pozostała poza zainteresowaniem wielu naukowców tylko ze względu na sposób, w jaki James Lovelock i Lynn Margulis pierwotnie sformułowali tę hipotezę. Przedstawiony przez nich opis sprawiał wrażenie, jakby sugerowali, że życie celowo przekształca planetę dla siebie. A to sprawiło, że akademicy w dużej mierze, do dziś często ignorują koncepcję Gai.. Jednak rzeczywistość, stopniowo, niejako „wymusza” uznawanie jej, głównie dlatego, że coraz lepiej poznawane i opisywane są biologiczne i fizyczne pętle sprzężeń zwrotnych obecnych w przyrodzie. Coraz więcej wiemy o złożonych procesach zachodzących w naturze, o wzajemnych zależnościach między nimi.  Jednak nadal, o wiele więcej pozostaje dla nas zagadką. Warto pamiętać, że hipoteza Gai powstała zanim pojawiła się  koncepcja klimatycznych punktów zwrotnych (Lenton, 2023) czy granic planetarnych, o których mówią nam współcześni naukowcy.

Wróćmy do niemowlęcia, które staje wobec trudnej sytuacji poznawania innego. Na początku nie ma ono psychicznego wyposażenia, by z tym zadaniem samodzielnie sobie poradzić, dlatego nie może pozostawać samotne wobec uczuć jakie ta sytuacja w nim budzi. Potrzebuje kogoś, kto pomoże mu je pomieścić. Jeśli jednak tak się nie dzieje „niemowlę… może odwrócić się od karmiącej piersi, żeby uniknąć komplikacji wpisanych w świadomość życia i istnienia żywych obiektów.” (Bergstein, 2021, str. 215). Pozbawione wsparcia niemowlę nie tylko się odwraca od rzeczywistości, ono przekształca ją tak, by pozbawić ją złożoności, która jest źródłem zbyt silnych przeżyć, a więc fragmentuje ją, upraszcza i poddaje wszechmocnej kontroli. Bergstein pisze: „Brak zdolności do tolerowania żywych, nieprzewidywalnych i niemożliwych do kontrolowania aspektów obiektu […] prowadzi do uśmiercania emocji oraz do życia w urojonym świecie nieożywionych obiektów i myślenia przyczynowego, w którym znajduje się domniemanie wyjaśnienia wszystkiego.” (Bergstein, 2021, str. 215). Jednak czy jest to sytuacja, która dotyka jedynie dzieci matek niemogących dać im adekwatnego wsparcia? Avner podsumowuje myśl Biona i opisuje proces, który spowodowany jest „ograniczeniami ludzkiego umysłu w zakresie zdolności pojmowania złożoności obiektów ożywionych, szczególnie jeśli przedmiotem badania jest samo zjawisko życia” (Bergstein, 2021, str. 215). Proces upraszczania, fragmentowania, rwania powiązań, podejmowania prób wszechmocnej kontroli uruchamia się w sytuacjach, gdy wzbudzane emocje są nazbyt silne bądź nie mamy adekwatnych „narzędzi umysłowych”, by je udźwignąć.

Tymczasem, w relacji z szeroko rozumianą naturą –  emocje szybko przybierają wymiar „kosmiczny”, wymuszając na nas niejako natychmiastowe wkroczenie w świat ogromny i nieznany, a przez to przytłaczający. Proponuję kilka przykładów, zachęcam do badania własnych uczuć, jakie się przy okazji budzą. Pierwszy przykład: wsadzam do ziemi kilkucentymetrowy żołądź, z którego, po kilku tygodniach kiełkuje dąb. Po stu latach będzie miał w obwodzie ok. 2 metrów i ok. 30 metrów wysokości. Ja jednak nie mam szans, by go takim zobaczyć. Jeśli dobrze pójdzie – dąb będzie żyć od 300 do 500 lat, a czasami dłużej. To oznacza, że będzie istniał długo po tym, gdy o mnie zaginie wszelka pamięć, czyli gdy ja popadnę w „wieczne zapomnienie” (badania pokazują, że pamięć o przodkach ginie już w czwartym pokoleniu). On będzie wciąż młody i silny, a ja będę zapomnianym prochem. Może to z tego powodu tak walczymy z drzewami? Może to nieznośna zawiść i ból popycha nas do wycinki? Ja nie dożyję, bo 100 lat to dla mnie kres możliwości, ale ty też nie pożyjesz dłużej, bo cię wytnę!

 Inny przykład. Myślę o sobie: jestem człowiekiem, odrębną, samodzielną jednostką. Tymczasem mikrobiota, czyli wszystkie drobnoustroje (bakterie, grzyby, wirusy i archeony), które mnie zamieszkują – 10-krotnie przewyższają swą liczebnością liczbę moich własnych komórek, a ich łączna masa wynosi ok. 2 kg! „W naszych ciałach jest ich [mikrobów] około 100 bilionów… Biorąc pod uwagę taką statystykę , słusznie można się zastanawiać, jak bardzo jesteśmy ludzcy.” Na dodatek moje życie bez owych współmieszkańców nie jest możliwe. Kim więc jestem? Pojedynczym człowiekiem czy skomplikowanym zespołem żywych stworzeń? Holobiontem, jak nazwała m. in. człowieka Lynn Margulis w 1991 roku?

 I jeszcze inny przykład. Sto lat temu (a dokładnie w 1815 roku) wybuchł wulkan Gunung Tambora w Indonezji. Daleko od Polski. W Europie nikt nie usłyszał jego wybuchu. Tymczasem miał on szokujący wpływ na wszystkich mieszkańców Ziemi. „Następny rok, czyli 1816, zyskał miano >Roku bez lata<. Charakteryzowały go ulewne deszcze, niskie temperatury oraz opady śniegu latem. Drzewa rosnące w Stanach Zjednoczonych w 1816 roku cechowały się opóźnionym wzrostem pierścieni. Wiosną i latem 1816 roku w północno-wschodnich Stanach Zjednoczonych oraz na większości terytorium Europy panowała ekstremalna pogoda. 6 czerwca 1816 roku w Albany (stan New York) oraz w Dennysville (Maine) spadł śnieg, a siarczysty mróz nawiedził Fairfield w stanie Connecticut. 6 i 8 czerwca opad śniegu zarejestrowano w kanadyjskim Montrealu; od 6 do 10 czerwca warstwa śniegu o grubości 30 cm nagromadziła się w pobliżu Quebec City. W 1816 roku plony były słabe i zaczął szerzyć się głód. We Francji grupy żebraków napastowały osoby przyjezdne. Wzrastała przestępczość, wybuchały niepokoje społeczne. Rządy niektórych państw zaczęły wprowadzać w życie politykę protekcjonistyczną. W handlu wprowadzono taryfy i bariery handlowe. W Anglii, Szkocji i Walii do opanowania masowych demonstracji wezwano wojsko. Dochodziło do wybuchów epidemii. Pomiędzy rokiem 1816 a 1819 w południowo-wschodniej Europie i w niektórych rejonach śródziemnomorskich wybuchła epidemia tyfusu. W latach 1816-17 w Bengalu szalała epidemia cholery. W Nowej Anglii zimą 1816-17 umierały z głodu zwierzęta hodowlane. Z powodu kiepskich plonów owsa, pszenicy i pomidorów głód szerzył się także w północnej i południowo-zachodniej Irlandii. W Walii całe rodziny przenosiły się z miejsca na miejsce, błagając o jedzenie. Drastycznie wzrosły ceny chleba. W Niemczech miały miejsce masowe demonstracje. W niektórych regionach wybuchały zamieszki, dochodziło do napadów, kradzieży, plądrowania magazynów ze zbożem i piekarni, podpaleń. Zdesperowani ludzie niszczyli młocarnie. W samej Irlandii epidemie tyfusu i czerwonki uśmierciły 44 300 ludzi.” Jeden wulkan i straszliwe domino… Tymczasem współcześni naukowcy monitorują aktywność kilku podobnych wulkanów: Yellowstone, Pola Flegrejskie, Islandia.

Niepewność, ból, przerażenie, bezradność, ale też podziw czy ekscytacja o natężeniu przekraczającym granicę wytrzymałości psychicznej jednostki. W takich momentach, jako „lekarstwo” pojawia się obsesyjność, której celem jest unikanie nadmiaru przeżyć (Bergstein, 2021, str. 237). Co ciekawe, pojawia się ona niejako w reakcji na poznawanie innego.  „Osobowość obsesyjna zapamiętale stara się rozszyfrować, jak elementy świata łączą się ze sobą nawzajem, co ma służyć wytworzeniu poczucia, że świat jest przewidywalny i racjonalny. Zdaniem Meltzera może to stanowić fundament ludzkiej aktywności naukowej.” (Bergstein, 2021, str. 219). To szokująca myśl mówiąca, że do badania świata może popychać nie ciekawość, ale chęć skontrolowania świata podszyta strachem przed nim. Bergstein zauważa, że czasami może nas zwieść czyjś poziom werbalnej komunikacji (np. w instytucjach naukowych) i możemy zapomnieć, że tam też funkcjonują zwykli ludzie, którym nie są obce lęki charakterystyczne dla bardziej pierwotnych poziomów psychicznych. A przecież nawet najbardziej wybitny intelekt przed nimi nie chroni. W takich przypadkach zdarzyć się może, że motywem do badań naukowych będzie próba uproszczenia koncepcji świata. Bergstain wskazuje na istnienie (u każdego) niewypartego nieświadomego, które zawiera doświadczenia emocji na tyle wczesne, że nie mogły zostać opracowane i zintegrowane przez ego, zwraca też uwagę, że złożoność relacji może stać się nieznośna, a obroną w reakcji na ową złożoność będzie obsesyjna i wszechmocna kontrola (Bergstein, 2021). Intuicyjnie rozpoznał to np. Masanobu Fukuoka, pionier i twórca idei rolnictwa organicznego, który tak mówił do naukowca badającego relacje między pająkami a szarańczakami zamieszkującymi pole Fukuoki: „w momencie, gdy kiedy pan bada pająki, wyróżnił pan tylko jednego z wielu naturalnych wrogów szarańczaków. Tego roku pojawiło się wiele pająków, ale w zeszłym roku były ropuchy, jeszcze wcześniej przeważały żaby. Natura zna nieskończenie wiele wariantów.” (Fukuoka, 2011, str. 40). Fukuoka ubolewał, że choć odwiedzający go naukowcy dostrzegali korzyści płynące z jego nowatorskiego podejścia – nie przekładało się to na zmianę teorii i praktyki w konwencjonalnym rolnictwie (tamże). Dlaczego? Być może dlatego, że  Fukouka podkreślał, iż „żeby zrozumieć warunki upraw, należy wziąć pod uwagę… nieskończenie wiele czynników zmieniających się z roku na rok.” (Fukuoka, 2011, str. 68). Innymi słowy, mówił, że nie sposób mieć kontrolę. A taka sytuacja wzbudza ogromny niepokój i sprzeciw.. 

Z podobnym oporem środowiska naukowego spotkała się Suzanne Simard, gdy zaczęła publikować badania dotyczące mechanizmów interakcji międzygatunkowych w leśnictwie (interakcji poprzez sieci mikoryzowe). Od początku lat osiemdziesiąt, przez kolejne dwadzieścia lat, wyniki prowadzonych przez nią badań spotykały się z niedowierzaniem i lekceważeniem. Wciąż zwyciężała koncepcja lasu jako miejsca użytkowanego przez człowieka do hodowli drewna, a nie skomplikowanego systemu wzajemnych zależności, gdzie zachodzące procesy zachodzą w rytmie kilkusetletnim, a więc daleko wykraczającym poza horyzont pojedynczego człowieka (tamże). Paradoksalnie, jej koncepcje stały się szeroko znane za sprawą… filmu animowanego „Avatar” z 2009 roku, w którym jednak pojawiły się one jako opowieść o wierzeniach bajkowego ludu, a nie jako opis mechanizmów faktycznie działających w przyrodzie. Może był to nieświadomy pomysł na poradzenie sobie z konfliktem estetycznym? Z jednej strony zachwyt i fascynacja różnorodnym, złożonym i tajemniczym światem przyrody a z drugiej – sprowadzenie go do poziomu bajki dla dzieci, której nie trzeba traktować poważnie? Takie rozwiązanie nie dziwi jeśli przypomnimy sobie słowa Bergsteina, że: „integrowanie […] mogłoby prowadzić do nieznośnie złożonych przeżyć” (Bergstein, 2021, str. 216).

Niezwykle jaskrawym przykładem prób podejmowanych na rzecz skontrolowania natury jest amerykański eksperyment z przełomu lat 80 i 90 XX wieku, zwany Biosferą 2. Wynikał on z przekonania, iż ludzkość ma wystarczająco dużą wiedzę, by zapanować nad naturą. Zbudowano wówczas pomieszczenia, w których (jak sądzono) odtworzono wszystkie naturalne systemy istniejące na Ziemi. W założeniu, Biosfera miała być samowystarczalna, a ośmiu zamkniętych w niej ludzi miało oddychać jedynie wytworzonym wewnątrz tlenem, żywić się tym, co sami wyhodują, korzystać z wody odzyskiwanej z obiegu zamkniętego. Eksperyment, który kosztował 200 milionów dolarów zakończył się przed czasem z uwagi na zagrożenie zdrowia i życia biorących w nim udział naukowców. „Dusiliśmy się i głodowaliśmy” relacjonowała jedna z uczestniczek. „Padły [… ] zapylacze. Rozwijały się pnącza i rośliny inwazyjne. Zaczęła spadać ilość tlenu, który był wiązany w betonie”. (Borejza, red. 2023, str. 45). Profesor Skubała, w książce: Odwołać katastrofę” komentuje tę historię znamiennymi słowami: „Liczba zależności w przyrodzie jest tak wielka, że wobec tajemnicy życia jesteśmy malutcy. […] Nie znamy większości gatunków. Znamy mniej niż dwa miliony z nich. A na Ziemi żyje ich od piętnastu do stu milionów.” (tamże). Mówiąc w skrócie: znamy jedynie ułamek otaczającego nas świata, a tymczasem on ma na nas decydujący wpływ.  Wciąż jesteśmy w sytuacji owego niemowlęcia, które nie wie co matka czuje, co jest w jej wnętrzu i dlaczego przychodzi i odchodzi.

Avner stawia tezę, że „ obsesyjność jest obroną przed kontaktem z przytłaczającym oddziaływaniem obiektu estetycznego…” (Bergstein, 2021, str. 218). W sytuacjach przytłoczenia ratuje nas zawężone myślenie przyczynowo skutkowe i wspomniane wcześniej, przynoszące ulgę – domniemanie wyjaśnienia wszystkiego… Na czym polega to w codziennym życiu? Oto prosty przykład: masz w ogrodzie ślimaki? Zjadają Ci kwiaty i sałatę? Kupujesz niebieskie granulki, wysypujesz wokół roślin mając nadzieję, że ślimaki zginą i będzie po kłopocie. Dokuczają Ci komary? Zamawiasz oprysk mając nadzieję, że komary wyginą i przestaną Cię drażnić. Proste, prawda? Przyroda widziana jedynie jako odcinek zaczynający się w punkcie C, a kończący się w punkcie D. Jakby nie było nic przed ani nic po. Bion, na którego powołuje się Bergstein, zwraca uwagę, że gdy przy głosie jest psychotyczna część osobowości, to połączenia jawią się jako logiczne wręcz matematyczną logiką (jak A to B), a przy tym są pozbawione emocji, znaczenia, są jakby „sterylne”, jak określa to autor (tamże). Z tego powodu proces refleksji kończy się wraz ze śmiercią ślimaka i w opowieści nie ma już jeża, który żywi się ślimakami i po zjedzeniu tych, które zawierają truciznę – sam zginie w męczarniach. Lub, który z powodu braku ślimaków – zginie z głodu. Nie ma pojęcia ekosystemu. Jest jedynie prosta wizja, w której świat kurczy się do wąskiego wycinka. W ten sposób świat staje się zbiorem niepowiązanych ze sobą fragmentów. Tu i teraz przynosi to chwilową ulgę. Jednak w dłuższej perspektywie – nieuchronnie prowadzi do dramatu, ponieważ prowadzi do masywnego zniekształcenia rzeczywistości. A to, z kolei, nie pozwala adekwatnie odnaleźć się w otaczającym nas świecie. Z tego powodu zajmuje mnie psychotyczny stosunek do świata, bo zaczyna się od pojedynczego jeża czy trawnika a kończy się na dramatycznych losach milionów.

Świetną ilustracją procesu psychotycznego rozgrywającego się na ogromną skalę jest historia głodu w Chinach spowodowana decyzją wybicia wszystkich wróbli uznanych za jedną z głównych przyczyn biedy szerzącej się w kraju. W 1958 roku, ówczesny przywódca Chin –  Mao Zedong zidentyfikował  cztery powody kłopotów w rozwoju państwa. Jedną z przyczyn było, wg niego, istnienie wróbla, który jakoby pomniejszał zbiory zbóż – żywiąc się ziarnem przeznaczonym na chleb.

Argumentów na rzecz walki z wróblami dostarczyli wówczas nawet sami chińscy ornitologowie, którzy dołączając się do liniowego, przyczynowo – skutkowego myślenia – wyliczyli, że każdy ptak zjada rocznie kilka kilogramów ziarna. Po prostym pomnożeniu liczby kilogramów przez liczbę wróbli wydawało się, że po ich eliminacji zbiory wzrosną o ogromne ilości. Rozpoczęła się eksterminacja ptaków na ogromną skalę. Gigantyczna i ostatecznie skuteczna. Tysiące ludzi zaangażowało się w ten proces. Ptaki wyginęły. Zaplanowany cel został osiągnięty. W pierwszych miesiącach wydawało się, że to sukces. Jednak kolejne miesiące i lata pokazały, iż planując likwidację wróbli zignorowano fakt istnienia złożonego systemu wzajemnych powiązań istniejących w przyrodzie. Brak wróbli stworzył bowiem sprzyjające warunki do wzrostu populacji szkodliwych owadów, m.in. szarańczy. I to właśnie ona, a nie ptaki, okazała się prawdziwą plagą. Szacunkowe dane mówią o zniszczeniu przez owady około 15 proc. upraw, choć były rejony, gdzie zbiory były niższe aż o 60 proc. Skutki tych strat okazały się tragiczne. U progu lat 60-tych Chiny nawiedziła fala niewyobrażalnego głodu. Spowodowało go spiętrzenie kilku czynników – od plagi szkodników, po decyzje centralnych władz. Efekt był tragiczny. Chińskie władze przyznają się do około 15-20 mln ofiar. Niezależne badania wskazują na liczbę znacznie większą – 45, a nawet ponad 60 mln. Chińczycy ginęli z głodu, ale także zabijali się w walce o żywność. Udokumentowano również przypadki kanibalizmu. Warty wspomnienia jest również wpływ masowego mordowania [wróbli] na uczestniczących w tym procederze najmłodszych Chińczyków. Dla uzbrojonych w proce i kamienie grup dzieci zabijanie zwierząt było nie tylko obowiązkiem, ale i zabawą. Można tylko przypuszczać, jak wpłynęło to na psychikę pokolenia.

Złożoność świata, jak tajemnicze ciało matki, wymaga ciągłego badania, tolerowania niepewności i frustracji, wytrzymywania własnej zawiści w obliczu różnorodności czy nieosiągalnych dla jednostki możliwości. A to oznacza psychiczny wysiłek bez końca. Jak w każdym konflikcie – jedna ze stron może przeważyć szalę. Czy weźmie w nas górę zachwyt czy lęk? Od tego zależą losy nasze i świata. Gdy przeważy poczucie, iż tajemnicza złożoność jest nieznośna, a kontakt z nią wywołuje jedynie ból – może wydarzyć się to, co opisuje Bell w swoim artykule „Świat jaki jest a świat jaki chciałbym, żeby był: współczesne refleksje nad Freudowskimi >Uwagami na temat dwóch zasad funkcjonowania psychicznego<. Opisuje on strategie umysłowe ukierunkowane na uniknięcie kontaktu z rzeczywistością jako źródłem bólu psychicznego. Pod koniec artykułu Bell konstatuje: „Myśl jest wrogiem […], a zatem należy się jej przeciwstawić za wszelką cenę. Widać tu podwójne działanie potrzeby uniknięcia nieprzyjemności, jaką przyniosłaby myśl, w połączeniu z przyjemnym uniesieniem, które wynika z uwolnienia się od rozumu – efektem jest świat wolny od wątpliwości i poczucia winy oraz otwarta droga do czerpania czystej przyjemności z niszczenia”(Bell, str. 58).

 Można wyobrazić sobie też inne rozwiązanie, gdy zachwyt i lęk po równo rozkładają swe siły, gdy niewiadoma pociąga i przeraża jednocześnie. Dobrą ilustracją wydaje mi się historia pewnego norweskiego klifu. Otóż naukowcy przewidują, że góra, która leży w sąsiedztwie norweskiej gminy Stranda, runie do morza. Data jest nieznana, ale może się to wydarzyć w każdej chwili. Wiadomo, że wywoła to falę tsunami, która zagrozi okolicznym miejscowościom. Od dekad wschodnie zbocze góry ulega stopniowej destabilizacji. Według ekspertów, góra osuwa się średnio o 10 centymetrów rocznie. […] W 2016 roku dyrekcja norweskiej obrony cywilnej oszacowała, że do pobliskiego fiordu mogłoby spaść 54 miliony metrów sześciennych skał. Poziom wody wzrósłby momentalnie o kilka metrów. Okoliczne wioski zostałyby zalane. W dwa miasta na końcu fiordu uderzyłaby fala wysokości 70, a nawet – 80 metrów.” Norwegowie wiedzą już z czym to się wiąże, ponieważ „W 1934 roku trzy miliony metrów sześciennych skał osunęło się do wody zalewając przy tym kilka miejscowości. Wszystko za sprawą fali tsunami. […] A jednak nie uciekają… . Znajdują sposoby, by udźwignąć konflikt. Jakby godzili się z faktem, że nie są w stanie przewidzieć tego, co się stanie. Niektórzy mieszkańcy przekonują, że lepiej zbyt często o tym nie myśleć. „- Jesteśmy około 30-40 metrów nad poziomem morza. Pewne jest, że jeśli fala osiągnie 90 metrów, znajdziemy się pod wodą. Zatem nie możemy żyć cały czas z tą myślą w głowie. Tak się nie da żyć” mówi jeden z mieszkańców. Symulacje pokazały, że jeśli dojdzie do katastrofy, do wody może wpaść nawet 100 mln m3 skał. Mieszkańcy wsi położonych u stóp fiordu Geirangerfjorden na ewakuację będą mieli zaledwie kilka minut, a statki i łodzie natychmiast zostaną zatopione. A jednak chcą tam mieszkać… Nie tylko oni chcą tam być, w sezonie turystycznym – od maja do końca sierpnia – do portu w Geiranger zawija około 200 wycieczkowców. Jakby kontakt z tajemniczą grozą był niezwykle atrakcyjny! Jednak taki stan konfliktu trzeba pomieścić! Norwegowie wiedzą z czym mają do czynienia. Tego rodzaju tsunami już kiedyś nawiedziło Norwegię. 7 kwietnia 1934 r. z góry Langhamaren oderwało się około 2 mln m3 skał, tworząc fale o wysokości 62 m. Zginęło 40 osób. Była to jedna z największych katastrof w historii tego kraju.

Dlaczego nie uciekają? Może z jakiegoś powodu mogą udźwignąć przeżycia wywołane konfliktem estetycznym, a szala przeważa na rzecz zachwytu i nadziei? Może pojawia się wiara w obiekt, który choć jest poza kontrolą, to może przynieść zaspokojenie? Może dzięki temu, opisywane wcześniej lęki stają się dla nich stanami do przezwyciężenia? Bergstein przypomina, że „zdolność do znoszenia intensywnego doświadczenia emocjonalnego nabywana jest dzięki uwewnętrznianiu zdolności matki do jego pomieszczania i tolerowania.” (Bergstein, 2021, str. 221). W ten sposób buduje się zaufanie do dobrego obiektu. Wyobrażam sobie, że ów dobry obiekt, choć pozostaje poza kontrolą, to daje wiarę, że relacja jest możliwa, nawet wtedy, gdy nie do końca rozumiemy jej mechanizmy i zasady. Innymi słowy: daje poczucie, że matka wróci nawet wtedy, gdy nie wiem dokąd poszła i nie rozumiem po co to zrobiła. Dzięki zaufaniu możliwa staje się owocna współpraca.

W książce „Sitopia. Jak jedzenie może ocalić świat” Carolyn Steel pisze, że „ podejście ekologiczne wymagałoby od nas […] zmiany stylu życia. […] i zastąpienia dreszczyku emocji, wynikającego […] z nowocześniejszego telefonu, satysfakcją z hodowli własnych pomidorów.” (Steel, 2021). Brzmi to utopijnie, prawda? Być może dlatego, że zbyt wielu z nas było tymi niemowlętami, które opisywał Bergstein, a więc niemowlętami, które w reakcji na brak pomieszczania – zostały zmuszone rozszczepić „mleko jako pokarm i pierś psychiczną” (Bergstein, 2021, str. 215), na skutek czego nasza „potrzeba miłości, rozumienia i rozwoju umysłowego została odwrócona i  zamieniona w poszukiwanie konkretnego zaspokojenia” (tamże), na przykład w postaci kolejnego modelu smartfona. Jednak były i są wśród nas dzieci innych matek. Proponuję, by sięgnąć po przykłady takich uwewnętrznionych „matek zdolnych do pomieszczania i tolerowania” i zobaczyć jak owocne efekty może przynieść zdolność do udźwignięcia przeżyć, jakie wywołuje konflikt estetyczny. W książce „Atlas dziur i szczelin” Michał Książek przypomina „projektantów Warszawianki, czyli zapomnianego kompleksu sportowego na skarpie warszawskiej”. Książek opisuje jaką postawę przyjęli oni wobec wód deszczowych, które potraktowali jako”[…] sprzymierzeńca a nie przeciwnika. Autorzy wykorzystali duże zróżnicowanie terenu i nie negowali kierunku ruchu wody, który ukształtował się tutaj od czasów ostatniego lodowca. Nie umacniali skarpy betonowymi palami, ale łańcuchami, które nie zatrzymywały deszczówki i jej nie ukierunkowywały. Zbierali ją w oczka wodne, atrakcyjne dla ludzi i zwierząt, prowadzili do ludzi, kanałami wzdłuż alejek. Największa tafla powstała w pobliżu boisk, tak by wiatr podskarpia rozwiewał wodę w postaci mgiełki na ćwiczących.” (Książek, 2023, str. 114). Innymi słowy: dowiadywali się co jest we wnętrzu „matki”, a zdobyta wiedza budziła ich zachwyt; nie walczyli z nią, a raczej inspirowała ich ona do twórczej współpracy.

 Warszawianka powstała na przełomie lat 50-tych i 60-tych XX wieku. Jednak są i całkiem współczesne przykłady. Autor opisujący historię kolejnej postaci nazwał go „cichym bohaterem, który udowadnia, że rolnictwo nie musi stać w kontrze do przyrody”. Od 2017 roku, w Snowidowie w Wielkopolsce, Patryk Kokociński, uhonorowany tytułem „Klimatycznego Człowieka Roku 2024”, wraz z najbliższymi osobami, rozpoczął działania na rzecz retencjonowania wody w sieci melioracyjnej (opowiada, że z jego terenu, bez jego zgody, nie odpływa ani kropla wody deszczowej). Ale to tylko jedno z jego działań. Odbudowuje zadrzewienia śródpolne, powołał w tym celu stowarzyszenie „Życie na pola”. Przypomina w ten sposób o roli drzew i bioróżnorodności w ograniczaniu negatywnych zmian wywołanych zmianami klimatu. Stosuje uproszczone techniki uprawy ziemi, które uwzględniają znaczenie ekosystemu gleby, z tego powodu stara się ingerować w niego w minimalnym stopniu. Prowadzi w ten sposób100-hektarowe gospodarstwo rolne. Na jego działkach, które od 12 lat „nie widziały pługa” zawartość próchnicy jest ponad dwukrotnie większa niż średnia krajowa (tamże), a jego gospodarstwo rolne znajduje się w pierwszej dziesiątce wydajnych gospodarstw rolniczych w Polsce (dane za 2023 rok).

Nie zawsze współpraca z naturą to miłość „od pierwszego wejrzenia”. Czasami to „małżeństwo z rozsądku”. Świetnie pokazuje to historia wilków w parku narodowym w Yellowstone. Został utworzony w 1872 roku jako pierwszy park narodowy na świecie. Utworzono go, by chronić naturę i zagrożone gatunki. Jednak wilki nie zmieściły się do zbioru gatunków zasługujących na ochronę. Systematycznie je tępiono, aż w 1920 roku całkowicie zniknęły z paku Yellowstone. Tymczasem, w ciągu kolejnych kilkudziesięciu lat wspaniale rozrosła się populacja jeleni kanadyjskich. Wiodąc spokojne życie zgryzały do cna wszystko co rosło na otwartych przestrzeniach: trawy, niskie krzewy, młode drzewa. Las nie mógł się odtwarzać. Dyrekcja parku, przy pomocy myśliwych, próbowała „kontrolować populację jeleni”. Ale okresowa zmiana ich liczebności nie zmieniała ich trybu życia. Wciąż preferowały otwarte przestrzenie, na których czuły się najwygodniej. Uznano, że człowiek sam sobie nie poradzi i przystano na pomysł ekologów, by przywrócić drapieżnika szczytowego, czyli wilka. W 1995 roku, w parku Yellowstone wypuszczono 31 wilków. I cóż się wydarzyło? Ponownie, jak w historii z wróblami, mamy historię domina, ale tym razem bardzo pozytywnego. „Wilki […] przekształciły cały park niczym inżynierowie krajobrazu. Zredukowały (a później regulowały) liczebność jeleni, zmieniły też ich zachowanie. Sama obecność wilków stworzyła krajobraz strachu, w którym jelenie zaczęły spędzać mniej czasu na otwartej przestrzeni, unikając zagrożenia […]. W ciągu kilku lat na brzegach rzek znów pojawiły się drzewa. Dzięki nowym siedliskom nadrzewnym zwiększyła się populacja ptaków. Topolowe, osikowe i wierzbowe lasy rzucały cień na strumienie i chłodziły je, zmniejszając erozję i dając schronienie rybom i innym zwierzętom wodnym. Dzięki nowym nadrzecznym lasom w ciągu 13 lat populacja bobrów zwiększyła się dwunastokrotnie. Liczne żeremia i bogatsze siedliska sprawiły, że pojawiło się więcej wydr, żab i gadów. Ponieważ wilki polowały na kojoty, rozrosły się populacje zwierząt zjadanych przez te ostatnie. Dzięki zwiększeniu liczebności królików, myszy i innych małych ssaków w parku mnożyły się polując na nie drapieżniki, takie jak bieliki czy lisy.” (Sala, 2020, str.173). Ten opis ma dalszy ciąg, zainteresowani znajdą go w cytowanej książce. 31 wilków i tak rozległe zmiany, a mówimy tylko o tym, co człowiek był w stanie zaobserwować! Stało się tak dzięki temu, że grupa ważnych dla parku osób mogła udźwignąć swoją bezradność i brak kontroli nad złożonością życia. Gdyby tak się nie stało – w parku Yellowstone do dziś nie byłoby i wilków i wielu innych gatunków zwierząt.

 Jeszcze bardziej fascynująca historia przyrodniczego domina pokazana jest w filmie „Sól ziemi” Wim Wandersa opowiadającym w o brazylijskim fotografie: Sebastiao Salgado. Pod koniec życia, po kilkudziesięciu latach fotografowania efektów oddziaływania człowieka na otaczający go świat – artysta (urodzony  w 1944 roku) podjął próbę (udaną!) przywrócenia brazylijskiej puszczy na miejscu pastwisk niegdyś należących do jego ojca. Warto zobaczyć film, by uwierzyć, że można niezwykle skutecznie współpracować z przyrodą, nawet tą, która jawi się jako zdegradowana. To, co wydaje się najważniejsze w obu opowieściach to możliwości psychiczne osób biorących w nich udział. Wydaje się, że decydenci z parku Yellowstone byli w stanie udźwignąć własne poczucie bezradności oraz niepokój w obliczu nieznanego, a Salgado – poczucie winy z powodu wykorzystania zasobów przyrody. Gdyby nie byli w stanie pomieścić własnych, trudnych przeżyć – nie byliby w stanie podjąć działań, bo zajmowałyby ich obrony wobec tychże przeżyć. Dlatego Bergstein pisze, że „potrzebny jest nowy punkt widzenia, akcentujący rozwój zdolności obsesyjnego pacjenta do wytrzymywania doświadczenia emocjonalnego i rezygnowania z rozdzielania, izolowania i odgradzania się  w celu zagwarantowania sobie psychicznego przetrwania” (Bergstein, 2021, str.220). 

Podsumowanie

Antropocentryczny stosunek do świata przyrody rozumiem jako wynik działania bardzo wczesnych lęków i obsesyjności jako jednej z obron ukierunkowanych przeciwko nim. Zarówno lęki wywołane konfliktem estetycznym, jak i obrony obsesyjne wzbudzone w reakcji na ów konflikt są bardzo powszechne. Ich przejawy można zaobserwować w różnych dziedzinach naszego życia. Czasami tak się do nich przyzwyczailiśmy, że w różnych zjawiskach nie zauważamy ich działania. Przyjmujemy je jako coś oczywistego: w medycynie, nauce, ekonomii, edukacji.  Dobrze ujął to David Orr, którego przywołuje w swojej książce „Ostatnie dziecko lasu” Richard Louve. Orr zwraca uwagę, że współczesna edukacja „alienuje nas z życia w imię dominacji człowieka, dzieli zamiast łączyć, kładzie nadmierny nacisk na sukces oraz rozwój kariery zawodowej, oddziela uczucia od rozumu i to, co praktyczne, od tego, co teoretyczne. W efekcie świat pełen jest umysłów nieświadomych swojej ignorancji.” (Louve, 2020, str. 269)

Trudno się nie zgodzić z tą gorzką konstatacją. Kiedy kończyłam pisać niniejszy wykład – Polska obejmowała prezydencję w Unii Europejskiej, a premier Tusk w swoim przemówieniu w Parlamencie Europejskim wzywał do odejścia od Zielonego Ładu. Prof. Zbigniew Karaczun z SGGW zwrócił wówczas uwagę, że „premier Tusk pokazał, że jego myślenie w perspektywie bezpieczeństwa klimatycznego horyzont ma na najbliższych wyborach. Jedynie. A myślenie o bezpieczeństwie klimatycznym czy gospodarczym głównie w kontekście wyborów to jest klimatyczne samobójstwo. Innymi słowy, prof. Karaczun wskazał, że premier naszego kraju, zamiast skomplikowanej rzeczywistości, próbuje widzieć tylko jej wąski wycinek. Tymczasem, jak mówił prof. Karaczun:Musimy zupełnie inaczej zbudować system energetyczny. Bezpieczeństwo energetyczne budujmy od dołu, poczynając od prywatnych mieszkańców, którzy korzystają z OZE, poprzez samowystarczalne gminy na energii odnawialnej, powiaty i regiony. A podstawą tej zmiany powinna być poprawa efektywności energetycznej. […] popieranie oligarchii przemysłowej i brnięcie w model energetyczny z XIX w. i […] myślenie, że cały czas będziemy budowali tę energetykę jako wielkie elektrownie, najlepiej węglowe lub gazowe i inwestowali w długie sieci przesyłowe […] jest potwornie drogie. A czym to się kończy, pokazał przykład ogarniętej wojną Ukrainy. Wystarczy, że zniszczy się dwie, trzy takie elektrownie i pół kraju nie ma prądu” (tamże). Można powiedzieć, że prof. Karaczun apelował: budujmy skomplikowany system, gdzie wzajemne zależności bardzo wielu, drobnych elementów przyniosą ostatecznie pożądany skutek, a więc budujmy coś na kształt ekosystemu. To taki system ma szansę na przetrwanie, nawet wówczas, gdy nie do końca będzie można go skontrolować.

Jednak musimy pamiętać, że żywa matka zawsze postawi nas wobec konfliktu estetycznego, bo żeby nas niczym nie zaskoczyć – musiałaby być martwa. Spróbujmy o tym pomyśleć przy okazji najbliższej wizyty w lesie lub ogrodzie. Oczywiście, nie musicie tego robić, ale bez względu na naszą postawę – życie będzie się toczyć nadal według swoich, nieubłaganych, nie do końca znanych nam praw.

W miesięczniku „Dzikie życie” Ryszard Kulik nakreślił trzy scenariusze przyszłości. Pierwszy, nazwany przez niego totalitarnym, zmusza wszystkich do radykalnej zmiany życia: państwo kontroluje to, co jemy, ile kupujemy, państwo wprowadza limity energetyczne, ograniczenia w podróżowaniu, itp. Autor wątpi, by mogło dojść do takiej sytuacji, nie wierzy, że jest sposób, by zmusić ludzi do takich wyrzeczeń. Drugi scenariusz zakłada dobrowolne ograniczanie się ze względu na dobro wspólne (czyli robimy to samo, co w scenariuszu „totalitarnym”, ale z własnej woli, mając świadomość znaczenia takiej strategii). I znów autor zastanawia się czy jest to scenariusz możliwy do zrealizowania. Ja powiedziałabym, że nie jest to możliwe z tego powodu, że scenariusz ów zakłada kontakt z rzeczywistością, który jest niezwykle bolesny. I wreszcie przedstawia trzeci scenariusz, opierający się na naturalnych procesach obecnych w przyrodzie, kiedy to w sprzyjających warunkach populacja gatunku wzrasta, następnie dochodzi do wyczerpania zasobów środowiska, co w rezultacie prowadzi do ustabilizowania się równowagi między możliwościami środowiska a liczebnością populacji. Autor przypomina jednak, że czasami środowisko zmienia się tak bardzo, że dany gatunek nie zdoła przystosować się do nowych warunków i ginie. Ta historia wydarzała się już wiele razy. Ta historia może wydarzyć również nam. Ryszard Kulik kończy swój artykuł słowami:” Przed nami trzy scenariusze przyszłości. Który z nich zdominuje nasze życie? Jednego z nich doświadczymy bez żadnej wątpliwości.” Ja także chciałabym zostawić Państwa z tym pytaniem, na które nie ma odpowiedzi.