81-844 Sopot ul. Armii Krajowej 95/1A · tel.fax:+48 551 01 35 +48 602 251 791

opptrojmiasto@wp.pl · musial_opptrojmiasto@wp.pl · punkt-konsultacyjny@wp.pl

Matka i funkcja analityczna – wywiad z Maciejem Musiałem

Maciej Musiał – psychoanalityk szkoleniowy tymczasowy Polskiego Towarzystwa Psychoanalitycznego. Przedstawiciel PTPa w Polskiej Radzie Psychoterapii. Psychoterapeuta szkoleniowy i superwizor, członek założyciel Polskiego Towarzystwa Psychoterapii Psychoanalitycznej i jego prezes w latach 2003-2007. Członek Instytutu Studiów Psychoanalitycznych im. Hanny Segal. Opiekun merytoryczny Psychoanalitycznego Punktu Konsultacyjnego w Sopocie. Koordynuje szkolenie Studium Psychoterapii Psychoanalitycznej „Trójmiasto” afiliowane w PTPP. Prowadzi prywatną praktykę psychoanalityczną.

Katarzyna Okoń – członek nadzwyczajny PTPP, członek zespołu redakcyjnego Biuletynu.

Katarzyna Okoń: Chciałabym, abyśmy porozmawiali o tym, jak rozumiesz funkcję matki, ale nie tylko w zwyczajnym, codziennym życiu, ale przede wszystkim w pracy psychoanalityka/psychoterapeuty psychoanalitycznego.

Zacznę od ogólnego pytania, co w zasadzie oznacza „matka”? W tekstach psychoanalitycznych, gdy mowa o matce, spotykamy zastrzeżenie, że nie chodzi dosłownie o matkę jako postać, ale o szerszy termin/koncept…. W takim razie co czyni „matkę”?

Maciej Musiał: Często mamy na uwadze macierzyńską funkcję umysłu w pacjencie, ale też w nas jako terapeutach. Rozważamy wewnętrzny obiekt matki w pacjencie, ale także interesuje nas jego związek z realną zewnętrzną matką pacjenta lub (i) pacjentką jako matką.

To, jaki pacjent jest, nie jest przecież prostym odzwierciedleniem realnych doświadczeń z obiektami. Wewnętrzny świat pacjenta, jego relacja z wewnętrzną matką i innymi obiektami, wyraża się w relacji analitycznej, w typowym dla pacjenta sposobie odnoszenia się do obiektu. Rozumienie zjawisk przeniesienia i przeciwprzeniesienia pozwala nam lepiej poznać pacjenta. Dlatego w gabinecie staram się przyjmować to, co płynie od pacjenta, czuć i obserwować własne przeciwprzeniesieniowe reakcje na to, co on/ona mówi, jak się zachowuje. Zastanawiam się, czy pacjent szuka we mnie matki, jakiej matki i jak to robi? Do bycia jaką matką skłania mnie pacjent? Czy, być może, pacjent sam chce być matką dla mnie?

Doświadczenie relacji z pacjentem pomaga mi lepiej zrozumieć pacjenta i materiał oraz pomyśleć, jaki model teoretyczny może być użyteczny w danym procesie terapeutycznym.

Zapytałaś, co czyni matkę. To jest kwestia niezwykle złożona. Powiedziałbym, że matkę czynią uczucia miłości kobiety do mężczyzny i pragnienie, aby mieć z nim dziecko. Ma to swoją przededypalną i edypalną głębię.

KO: Mówisz, że żeby zaistniała matka potrzebny jest partner. Nie chodzi o fizycznego partnera, tylko o „coś w głowie”?

MM: Myślę, że w uczuciu miłości kobiety do mężczyzny oraz w pragnieniu urodzenia dziecka, zbiegają się i odtwarzają różne połączenia: siebie jako córki z matką, córki z ojcem i córki z parą rodziców, nawet wtedy, gdy te połączenia są słabe, nietrwałe, podatne na rozłączenia. Te połączenia mogą być w różnym stopniu nasycone lękiem, zawiścią, poczuciem winy, a także miłością i nadzieją. To „coś w głowie”, jak mówisz, to jest wewnętrzny świat kobiety i jakiś wewnętrzny obiekt, przez pryzmat którego reaguje ona na partnera.

Stawanie się matką wymaga zmierzenia się z utratą (ponowną) własnej pozycji dziecka, ale też poczuciem winy wobec własnej matki. Niektóre kobiety mają poczucie, że zachodząc w ciążę unicestwiają własną matkę. Inne nie zachodzą w ciążę, bo oznaczało by to dla nich konkretne pozbawienie życia własnej matki. Zatem, stawanie się matką oznacza jednocześnie identyfikację z matką i separację od niej. Z kolei w relacji z mężem kobiety mogą odnajdywać przedłużenie dobrej relacji z ojcem. Dla innych związek z partnerem jest szansą na doświadczenie brakującej, wyczekiwanej relacji z mężczyzną. Bywa też tak, że kobieta nie lubi mężczyzny, ale chce mieć dziecko i potrzebuje go właśnie do tego. To ma być jej dziecko, a nie ich wspólne.

Czasami kobieta boi się, że będzie tak samo złą matką jak - w jej odczuciu - jej matka. Musi zmierzyć się, przynajmniej w pewnych przypadkach, ze świadomym lub nieświadomym lękiem przed dzieckiem, które urodzi. Np. myśli, że dziecko będzie zachłanne i zawistne, jak ona sama, że wyssie z niej wszystkie soki, pochłonie ją pozbawiając wszelkich sił do życia z dzieckiem i poza dzieckiem, że ucierpi na tym jej związek z mężczyzną lub że świat jej ucieknie.

Innymi słowy, kobieta zostaje matką w wyniku połączenia różniących się od siebie elementów; męskiego i kobiecego, „wypukłego” i „wklęsłego”. To właśnie interakcja odmiennych elementów zapoczątkowuje płodny proces, w wyniku którego wytwarza się nowa wartość, dziecko. Zwróć uwagę, że myślenie w modelu kleinowsko – bionowskim, symbolicznie reprezentuje pracę wewnętrznej kreatywnej pary, której owocami są nowe myśli, będące odpowiednikami dzieci.

Ale matkę tworzą również fantazje, potrzeby i lęki dziecka, które ono kieruje do niej oraz odpowiedź matki na projekcje dziecka, tak, jak to opisała Klein, a później Bion.

KO: Matka to po prostu wszystko.

MM: Tak, dla niemowlęcia matka jest wszystkim, całym światem; idealnym i złym. Raz jednym, raz drugim. Ale ta matka, która jest wszystkim, w fantazji niemowlęcia zawiera również zalążek ojca. Kleiniści uważają, że sutek matczynej piersi symbolizuje element ojcowski, który dopełnia i wspiera matkę. Matka/kobieta oznacza połączenie z ojcowskimi/męskimi, wewnętrznymi i zewnętrznymi aspektami.

Zwróć uwagę na różnicę między perspektywą Klein a poglądami Freuda na wczesny rozwój. Przede wszystkim, Freud nie pracował z dziećmi, lecz tylko z dorosłymi. Pokazał, że w dorosłych osobach żyje dziecko. Z kolei Klein pracowała z dziećmi i te doświadczenia pomogły jej zobaczyć niemowlę w dziecku i w dorosłym. Można powiedzieć, że Klein w umyśle niemowlęcia i dziecka, odkrywała matkę. Odsłoniła świat pragnień, lęków i fantazji niemowlęcia, z którymi zwraca się ono do matki. Najpierw Klein opisała związek dziecka z piersią; idealną lub złą, który stopniowo rozwija się w związek z ciałem matki, a następnie z matką jako osobą. Dla bardzo małego dziecka, które widzi dwa oddzielne oblicza mamy; idealną i złą, matka jest postrzegana jako prototyp dobra. Dziecko wyobraża sobie ciało matki jako źródło wszelkiego dobra; macierzyńskiej cierpliwości i dostępności. Matczyny obiekt, nasycony tymi fantazjami i potrzebami dziecka, staje się, jak podkreślała Klein, źródłem nadziei, zaufania i wiary w dobro. Takie wyobrażenie niemowlęcia o ciele matki budzi nie tylko jego miłość, ale także nienawiść i, co warte podkreślenia, ciekawość.

KO: Czy mógłbyś powiedzieć więcej, na czym polega, czy jak przejawia się funkcja macierzyńska w pracy analityka i terapeuty?

MM: Modelem relacji analitycznej, chyba powszechnie uznawanym za użyteczny, jest model relacji między matką i niemowlęciem, pomieszczającym i pomieszczanym, który opisał Bion. Zakładamy, że terapeuta reprezentuje matkę i pełni funkcję macierzyńską wobec pacjenta, który poszukuje pomieszczania i „karmienia”. Od zdolności matki do przyjęcia tych projekcji, ale także od siły dziecięcych projekcji, zależy to, na ile matka zdoła je przekształcić i zwrócić dziecku w postaci, która umożliwi niemowlęciu tolerowanie własnych uczuć i rozwijanie myśli. Jeśli pomieszczanie przebiega dobrze, to dziecko może rozwijać zdolność do myślenia o własnych doświadczeniach bez zaprzeczania im lub przytłoczenia nimi. Jednak matka /analityk nie tylko przyjmuje i przekształca lęki dziecka, ale także karmi, „wkłada” dziecku pokarm, własne myśli, interpretacje.

5/ K Czyli jednak modelem relacji terapeutycznej jest relacja matka – niemowlę a nie para rodzicielska – niemowlę?

MM: Funkcja analityczna oznacza parę; analityk pozostaje w relacji z czymś trzecim np. z wiedzą analityczną. Jest z jednej strony jak matka - receptywny i cierpliwy, a jednocześnie zdolny do obserwacji i separacji jak ojciec. W tym zawiera się etos analityczny; dążenie do prawdy, do poznawania, które jest ponad celem terapeutycznym. Powinniśmy empatycznie doświadczać i jednocześnie obserwować i myśleć. To jest nieosiągalny ideał, który pozostaje dla nas aspiracją.

Inna sprawa to nastawienie pacjenta, które trzeba nieustannie badać, ponieważ charakter relacji z obiektem cały czas się zmienia, fluktuuje między pozycją schizo-paranoidalną, depresyjną, a także azylem psychicznym. Tym samym następują przejścia między relacją preedypalną i trójkątową, edypalną. Dlatego istotną kwestią kliniczną jest stopień dostępności terapeuty i jego gotowość do przyjmowania różnych projekcji pacjenta, różnych typów relacji z obiektem, poziomów komunikacji, które w danym momencie rozwija pacjent. Segal nazywała tę zdolność gotowością przeciwprzeniesieniową, otwartością uczuciową, która umożliwia przyjęcie wszelkich projekcji, zarówno tych skierowanych bardziej do matki, jak i tych, które skierowane są do pary. Brenman Pick rozwinęła ten pogląd i stwierdziła, że podstawą rozumienia pacjenta i rozwoju procesu analitycznego jest zdolność analityka do przepracowywania stanów emocjonalnych.

KO: wróćmy jeszcze do tego, na czym polega wewnętrzna praca analityka

MM: Badanie tego, jak pracuje umysł analityka, wzbudza obecnie duże zainteresowanie psychoanalityków reprezentujących różne nurty i stanowi płodny obszar badań oraz refleksji. Wiele uwagi poświęca się procesom i zjawiskom zachodzącym w umyśle analityka w reakcji na kontakt z pacjentem oraz na to, jak analityk odpowiada na projekcje pacjenta. Współcześnie wiele rozważań koncentruje się właśnie na funkcji macierzyńskiej. W tej kwestii wkład Klein i Biona jest kluczowy. Bion w oparciu o własną teorię rozwoju psychicznego, której modelem jest relacja między pomieszczanym i pomieszczającym, rozwinął koncepcję identyfikacji projekcyjnej sformułowaną wcześniej przez Klein. Pokazał, że pacjent jest zdolny wzbudzać w analityku uczucia zgodne z tym, co w fantazji w niego wyprojektował. Bion postawił pytanie, na ile analityk, tak jak matka, jest zdolny do przyjęcia projekcji i ulec jej wpływowi, by następnie przekształcić i zwrócić pacjentowi/dziecku w postaci, która umożliwi tolerowanie uczuć i rozwijanie myśli.

W swoich rozważaniach o funkcji analitycznej Birksted-Breen szczegółowo, w oparciu funkcję czasu i rytmu, zgłębiła proces przyjmowania i oddawania dziecku zmienionej projekcji . Nawiązała do reverie, pojęcia wprowadzonego przez Biona, które opisuje psychiczne przekształcanie i trawienie tego, co wnosi pacjent/dziecko. Jest to proces w dużej mierze nieświadomy. Autorka twierdzi, że reverie zawiera trzy elementy: receptywny tryb uwagi, „ukierunkowanie” na pacjenta oraz zatrzymanie treści w umyśle analityka. Uważa, że Freudowska swobodnie płynąca uwaga czyni nas dostępnymi dla projekcji pacjenta. Podkreśla, że ważnym elementem tej nieskupionej uwagi jest „kobieca pozycja czekania”. Analityk czeka i obserwuje własne reakcje na pacjenta, nie dążąc do żadnego celu. Ten typ receptywnej uwagi pozwala przyjmować i przekształcać projekcji pacjenta oraz pozostawać otwartym na coś innego, może nowego, co może się rozwinąć.

Chciałbym podkreślić, że proces przekształcania związany jest z miłością matki i bez tej miłości staje się jałowym kontaktem. Mleko podawane bez miłości, przestaje być mlekiem. Miłość matki ma swój odpowiednik w postawie myślącego o pacjencie analityka. Ceglie mówi o ukierunkowaniu uwagi na pacjenta. Przypominają mi się słowa Freuda, który twierdził, że trudno myśleć o dobrej analizie bez pozytywnego przeciwprzeniesienia i zestrojenia nieświadomości analityka i pacjenta.

W badaniach funkcji macierzyńskiej i rożnych poziomów komunikacji między matką i dzieckiem, zwraca się również uwagę na rytmy, które przenikają tę relację. Rytm głodu i zaspokojenia wiąże się z karmieniem i jakością obecności matki. Z kolei rytm dnia i nocy jest podstawą pojęcia czasu i struktury edypalnej.

KO: Na czym polega rytm dzień i noc?

MM: Myślę, że dobrze to wyjaśnia przykład matki, która psychicznie nie może zostawić dziecka choćby na chwilę, nawet wtedy, kiedy spędza noc w łóżku z ojcem swojego dziecka. Choć obcuje fizycznie z mężczyzną, tak naprawdę nie może oddać się partnerowi i wzajemnej miłości, mentalnie pozostając matką związaną przede wszystkim z dzieckiem. Dochodzi do zaburzenia rytmu dnia i nocy. Dziecko jest nadmiernie chronione i nie może doświadczyć nieobecności matki. Fain wskazuje, że nadmiernie chroniąca matka, nieświadomie chce uczynić z dziecka płód, który ma tkwić wewnątrz jej ciała. Autor podkreśla, że funkcją matki jest ochrona przed nadmiernym pobudzeniem, lecz zbyt duża i zbyt mała przestrzeń psychiczna pozostawiona niemowlęciu, może zakłócać dziecko i skłaniać je do impulsywności. Innymi słowy, zostaje zahamowany rozwój zdolności czekania, tolerowania braku, a także nabywania słów i myślenia symbolicznego. Rozpoznanie przez dziecko, że matka jest także kobietą związaną z mężczyzną jest zwykle bolesnym wstrząsem. Dziecko jest rozczarowane, gdy odkrywa istnienie ojca i pragnienia matki wobec niego. Guignard zauważa, że seksualność matki jest dla niemowlęcia „skandalem”, ponieważ „macierzyńska matka” jest teraz odczuwana jako będąca poza jego zasięgiem.

KO: Czy chodzi o procesy wyodrębnienia się? Aby dziecko mogło się rozwijać, matka musi pozwolić mu odejść. Nastąpi to pod warunkiem, że matka dysponuje dobrą przestrzenią psychiczną i potrafi znosić siebie jako matkę, która frustruje.

MM: Zwracasz uwagę na to, jak ważna jest zdolność matki do rozpoznania i tolerowania potrzeby autonomii i separacji dziecka, ale także zdolność stawiania dziecku granic. Czy matka ma życie poza dzieckiem? Czy w relacji matki z ojcem dziecka istnieje przestrzeń, która nie jest dostępna dziecku – czyli czy rodzice zamykają tzw. drzwi sypialni? Czy rodzice intuicyjnie czują, że dziecko odkryło „skandal” i potrafią być empatyczni, ale także stanowczy? Z drugiej strony, czy preedypalny ojciec wspiera separacyjne dążenia dziecka? Sama matka może mieć problem z doświadczaniem odrębności w relacji z maluchem i wtedy dziecko pozostaje obciążone jej projekcjami, np. projekcją niezdolności do czekania. Matka trzyma dziecko przy sobie i mówi: „ono jest takie wrażliwe i niespokojne, więc nie mogę go zostawić”.

KO: Możesz powiedzieć jeszcze o Bionie, który rozwijając koncepcję identyfikacji projekcyjnej stwierdził, że identyfikacja projekcyjna pełni funkcję komunikacyjną na prewerbalnym poziomie, a matka przekształca te komunikaty.

MM: Bion uważał, że matka, aby zrozumieć dziecko, powinna traktować jego płacz, nie tylko jako domaganie się jej obecności. Matka powinna doświadczyć lęku przed śmiercią, który przeżywa dziecko. Twierdzi, że rozumiejąca matka potrafi przeżywać przerażenie, z którym dziecko próbowało radzić sobie przy pomocy identyfikacji projekcyjnej.

Tak jak powiedziałaś, chodzi o prewerbalne stany psychiczne, surowe, konkretnie odczuwane elementy psychiczne, które Bion nazywa elementami beta. Na przykład, głodne dziecko może mieć poczucie, że umiera. Może czuć coś, co moglibyśmy nazwać winą, przerażeniem czy zachłannością, ale w bardzo podstawowym sensie tych określeń. Te stany nie mają słów, nie mają znaczenia. Jedynym sposobem poradzenia sobie z nimi jest ewakuacja w obiekty zewnętrzne. Beta elementy potrzebują przekształcenia przez empatyczną matkę w alfa elementy, takie jakości psychiczne, które posiadają reprezentację, znaczenie i mogą być myślane. Wtedy lęk może być wytrzymywany i przestaje być bezimiennym przerażeniem.

To, o czym teraz mówimy pozwala lepiej rozumieć proces terapeutyczny oraz wyzwania, jakie stoją przed terapeutą. Postawa analityczna zatem, winna opierać się na aktywnym „czekaniu i obserwowaniu” obejmującym dwie funkcje, które Birksted-Breen w nawiązaniu do bionowskiej obuoczności, określiła jako dwuoczność. Jedno oko analityka skierowane jest na analizowanie: rozumienie i interpretowanie relacji przeniesienia - przeciwprzeniesienia, a drugie oko uwrażliwione jest na nieświadome sygnały, fantazje, wieloznaczność, wytwory reverie. Te dwie perspektywy reprezentują dwa aspekty pomieszczania: macierzyński i ojcowski; przyjmowania do siebie i trzymania w sobie, oraz wspierania separacji przez obserwującego „trzeciego” jako elementu świata zewnętrznego. Tak więc, macierzyńskiej funkcji nie można dobrze realizować bez aspektu ojcowskiego. Wzajemne oddziaływanie tych dwóch wymiarów stanowi o symbolicznym, trójkątowym trybie myślenia i pomieszczaniu projekcji pacjenta.

Jednak warto przypomnieć, że Bion rozróżnił normalną identyfikację projekcyjną, związaną z niepsychotyczną częścią osobowości i formę ewakuacyjną, wynikającą z psychotycznej części osobowości. Podobne koncepcje wysunęła Segal i Rosenfeld. Zauważ, że możemy rozumieć pacjenta i być empatyczni właśnie dzięki identyfikacji projekcyjnej. Steiner używa określenia „empatyczna identyfikacja projekcyjna”. Stawiamy się na miejscu pacjenta oraz intuicyjnie identyfikujemy się z każdą przekazywaną nam rolą, obserwujemy własne uczucia. Wyobrażamy sobie, jak czuje się pacjent. Na tej podstawie tworzymy jakąś hipotezę na temat pacjenta, którą następnie sprawdzamy. Innymi słowy, ta forma identyfikacji projekcyjnej jest odwracalna. Czyli, to wyobrażenie o stanie ducha pacjenta jest projekcją, która rozpoznawana jest jako własna. Podstawą takiej identyfikacji jest poczucie odrębności wobec drugiej osoby.

Rozróżnienie na normalną, czyli komunikacyjną i obronną identyfikację projekcyjną starali się przezwyciężyć Segal i Rosenfeld. Uznali, że ewakuacja i zaprzeczenie rzeczywistości jest komunikatem, który powinniśmy zrozumieć. Dziś wielu analityków uważa, że tzw. „atak na wiązanie” jest komunikatem, który domaga się zrozumienia.

KO: Rozumiem, że w takiej „normalnej” sytuacji, w przypadku zdrowej identyfikacji projekcyjnej, matka jest receptywna, otwarta, przyjmuje uczucia dziecka, pozwala, by dziecko je w nią wprojektowało, przeżywa je i oddaje w zmienionej, możliwej do zniesienia formie. I to jest podstawa procesu myślenia.

MM: Tak, wskazałaś na kluczowy moment rozwojowy. Doprecyzujmy; aby dziecko rozwinęło myśl, matka powinna pomieścić i przekształcić jego lęk „nieobecności piersi”. W swojej teorii myślenia Bion pokazał związek między myśleniem a doświadczeniem utraty: zdolność do tolerowania braku umożliwia rozwój myślenia. Pozwoliło to Bionowi dokonać rozróżnienia stanu umysłu, w którym dominuje świadomość nieobecności obiektu i jego braku oraz stanu, w którym budzi się niepokojące poczucie, że „coś zniknęło”. Ten drugi stan jest charakterystyczny dla melancholii.

KO: Zarówno relacja dziecko – matka jak i pacjent – terapeuta są bardzo złożone, pełne nieuniknionych powikłań. Zrozumienie procesu identyfikacji projekcyjnej i jego funkcji wymaga wiele wysiłku emocjonalnego i czasu.

MM: Zwykle kontakt matki z dzieckiem, podobnie jak terapeuty i pacjenta, nasycony jest silnymi emocjami dziecka, od których chce się ono uwolnić. Lęk przed utratą i separacją, lęk przed rozpadem, stany pomieszania i fragmentacji, cierpienie żałoby i ból depresji - wszystkie te stany psychiczne nie pozostają bez wpływu na terapeutę. Pacjenci nieświadomie zarażają nas nimi, wikłają, paraliżują. Nasze myślenie ulega zakłóceniu. Gdy zaburza się nasza funkcja analityczna, tracimy zdolność do pomieszczania, rozumienia i przekształcania tych stanów. Siła i specyfika projekcji może przekraczać możliwości pomieszczenia jej. Mało tego, matka, podobnie jak terapeuta, obronnie reprojektuje w dziecko to, co ono stara się umieścić w niej. Proces separacji i rozwoju myślenia ulega zahamowaniu.

W terapii dochodzi wtedy do rozegrań przeciwprzeniesienia, koluzji i impasów. Jeśli dochodzi do rozegrania oznacza to, że terapeuta nie pomieścił i nie zrozumiał projekcji pacjenta. Dlatego ważne jest rozpoznanie własnego rozegrania, zrozumienie jego natury, wkładu pacjenta i własnego wkładu. Przepracowanie rozegrania obejmuje poradzenie sobie z maniakalnymi zaprzeczeniami faktu, że rozegranie nastąpiło, a następnie przeżycie żałoby po utracie siebie jako idealnego terapeuty i przekonania, że jesteśmy w stanie zawsze kontrolować swoje przeciwprzeniesienie. Ten proces oznacza odzyskiwanie symbolicznego trybu myślenia, odzyskiwanie funkcji analitycznej. Przemyślenie i zrozumienie tego, co się stało, stanowi benefit dla pacjenta – połączenie tego co matczyne i ojcowskie.

Nie jest łatwo uchwycić stan ducha pacjenta, rozumieć i rozmawiać z nim, uwzględniając to, czego potrzebuje, czego się boi i co jest w stanie przyjąć. Słyszałem nie raz, o takich sytuacjach, w których pacjent na bieżącej sesji po wyrażeniu poglądu na temat własnego funkcjonowania, dodawał „wprawdzie Pan powiedział mi dokładnie to samo bardzo dawno temu, już na samym początku terapii, jednak ja dopiero teraz jestem w stanie o tym myśleć”. Ten przykład pokazuje, że receptywna i adekwatna, uwzględniająca możliwości pacjenta odpowiedź na jego projekcje jest dla terapeuty niełatwym wyzwaniem. Nie raz to pacjent musi pomieszczać nasze pomysły i nastroje. Z drugiej strony, można pomyśleć, że interpretacja, która w danym momencie nie pasowała do możliwości pacjenta - choć jak się po latach okazało była sensowna, mimo że dawniej niestrawiona - została jednak wtedy zarejestrowana i z czasem spełniła pozytywną rolę? Niemniej nasze rozpoznanie i dostrojenie się interpretacją do stanu pacjenta ma podstawowe znaczenie. Dla porównania: gdy dziecko jest małe, nie ma ząbków, to nie podamy mu kawałka mięsa, bo nie pogryzie i nie strawi tego pokarmu. Posiłek, którego nie jest w stanie przyjąć, nie nakarmi go i nie przysłuży się jego rozwojowi, nawet jeśli sam w sobie pełen jest wartości odżywczych. Chodzi o to, aby brać pod uwagę to, jaki jest pacjent i rozmawiać z nim w odpowiedni sposób.

Matka niekiedy czuje się źle, bywa zmęczona, szczególnie po porodzie. Czasowo jej możliwości pomieszczania są ograniczone. W skrajnych przypadkach zdarza się, że matka ewidentnie używa dziecko do pomieszczania własnych aspektów, z którymi sobie nie radzi i których w sobie nie rozpoznaje.

KO: Wyrazisty przykład tego zjawiska to matki, które same są chore, na przykład na schizofrenię

MM: Tak bywa. Podobnie matka owładnięta depresją czy dotknięta traumą przestaje być dostępna dziecku i sama szuka w nim pomieszczania. Myślę, że „zwykłe” problemy z pomieszczaniem oraz używaniem do tego celu dziecka, są dość powszechne. Często urodzenie dziecka ma czemuś służyć, dziecko ma być „jakieś”, tak jakby miało zrealizować określony plan. Dziecko ma pomieszczać idee i oczekiwania matki czy rodziców. Jednocześnie brakuje zainteresowania tym, czego ono samo chce, co lubi, co je ciekawi. Innym wariantem problemów z pomieszczaniem jest pobłażliwość rodziców i pozostawianie dziecka samemu sobie. Jednak rzeczywiście najgorsze są takie skrajne sytuacje, które właściwie mają status traumy i pozostawiają dziecko z bezimiennym przerażeniem.

KO: A jakie są współczesne matki? Czy obserwujesz różnice, jeśli chodzi o sposób, w jaki temat matki pojawia się w gabinecie psychoanalitycznym, na przykład różnice związane z charakterem współczesnego świata społecznego?

MM: W ostatnich dziesięcioleciach kobiety zyskały siłę głosu i intensywniej uczestniczą w życiu zawodowym, społecznym. Następują zmiany struktury życia rodzinnego; pojawiły się rodziny „nowego typu”, mniej jest rodzin wielopokoleniowych, powszechność rozwodów itp. Jednocześnie, lepsze warunkami życia, większa różnorodność sposobów spędzania czasu, intensywniejsze tempo życia sprawiają, że wspólnie z ojcem dziecka matki bardziej włączają je w swoje życiowe sytuacje i kontakt z innymi dorosłymi. Zauważamy zmianę stosunku dzieci do rodziców, nauczycieli, autorytetów. Guignard zwraca uwagę na pobudzanie dziecięcej genitalności we współczesnym społeczeństwie i twierdzi, że faza utajenia stopniowo zanika. Tak więc, dzieci częściej mówią, czego chcą, co im się podoba, a co nie. Są bardziej wrażliwe na wykluczenie i konieczność czekania oraz skłonne do zaprzeczania różnicom między pokoleniami.

KO: Zastanawiam się, czy na to, z jakimi matkami „w głowach” przychodzą pacjenci wpływa kontekst społeczno – historyczny. Zakładam, że na jakość macierzyństwa znacząco wpływa fakt, że kobieta dorastała na przykład w okresie wojny. Czy zgodzisz się, że matka wychowywana przez powojenną matkę różni się od matki współczesnej, nie dotkniętej tak traumatycznym kontekstem?

MM: Wiele matek czasu wojny przeżyło traumę śmierci swoich mężów. Załamały się podstawowe „ojcowskie” elementy porządku społecznego, takie jak moralność i prawo. Matki doświadczały opuszczenia, lęku o dzieci i przetrwanie. Część matek przejmowało funkcje ojcowskie, inne nie potrafiły podjąć tej roli. Takie opuszczenie przekraczało siły i możliwości wielu kobiet. Ogarnięte wściekłością i chęcią zemsty, doznawały depresyjnego załamania. Odbudowa świata wewnętrznych dobrych obiektów w czasie powojennym, nawet dla dobrze wyposażonych psychicznie kobiet i ich dzieci, była niezwykle trudna i niepewna. W takich okolicznościach zdolność do pomieszczania była na pewno poważnie ograniczona.

Tragicznym przykładem wojennej matki jest postać Wandy Gruz z filmu Ida. W eseju Historia Idy – zbawienie zamiast żałoby, opisałem dwa odmienne stany niemożności doświadczenia żałoby po stracie, które reprezentowały Ida i właśnie jej ciocia Wanda. Wanda miała synka, którego gdy wybuchła wojna i nastąpił czas holokaustu, często opuszczała z powodu zaangażowania w walkę ideologiczną. W czasie jej nieobecności dziecko zginęło z rąk morderców. Jej siostrzenica, malutka Ida, uniknęła zagłady, ale straciła rodziców. Przetrwała oddana do klasztoru. Nie została matką. Próba związku z mężczyzną nie powiodła się. Z kolei Wanda Gruz po wojnie zrobiła karierę jako PRL-owska prokurator, która skazywała na śmierć Polaków sprzeciwiających się komunistycznej władzy. Jej postawa była powodowana nie tylko żądzą krwi z zemsty za śmierć bliskich lecz także nieznośnym poczuciem winy. Depresja Wandy, nasycona krwawym kolorytem sadyzmu, okazała się niemożliwa do przepracowania. Kobieta popełniła samobójstwo. Koloryt melancholii Idy jest inny, bardziej stonowany, blady, skrywający krwawo-czarną atmosferę depresji. Ida, zdolna do idealizacji, przetrwała, lecz w granicach klasztornego azylu.

Zresztą „osobiste wojny”, będące metaforą konfliktu, stale przeplatają się okresami rozejmu i pokoju. Zdarza się, że matka staje w ogniu takiej wojny, niezwykle trudnych lub traumatycznych okoliczności, w których pełnienie funkcji macierzyńskiej jest zakłócone.

KO: Chciałam dopytać o równowagę. Mówiłeś o receptywności, otwartości matki jako podstawowym warunku rozwoju dziecka. Opiekuńczość, receptywność matki powinna chyba mieć granice, potrzebny jest moment, kiedy matka mówi „stop”. Gdy tego nie ma, matka jest nadopiekuńcza. Może jest inaczej w przypadku niemowlęcia, a inaczej w przypadku starszego dziecka. Podobnie w terapii – inaczej jest na początku, a inaczej na późniejszym etapie.

MM: Wiele zależy od zdolności matki do obserwowania reakcji dziecka i własnych na kontakt i separację z nim. Czy potrafi rozpoznać, jaką zdolnością do znoszenia frustracji, czekania, sygnalizowania swoich potrzeb dysponuje dziecko? Innymi słowy, zdolność do poznawania dziecka związana jest z poczuciem odrębności matki od dziecka i jednocześnie jej zdolności do empatycznego zanurzenia się w dziecko. Istotną kwestią jest to, czy korzysta ze wsparcia ojca i jego spojrzenia na jej relację z dzieckiem.

Myślę również, że ważną funkcją rozwojową jest tworzenie przez rodziców przestrzeni do zmagania się dziecka z utratą omnipotencji, utratą idealnej matki, której nie chce lub nie może utracić. Stawiam pytanie, na ile matka i ojciec potrafią radzić sobie z własną skłonnością do omnipotentnych postaw wobec dziecka. Wszechmocne przekonania rodzicielskie o słuszności tego, co myślą i robią, oddalają od wspomnianej przez Ciebie równowagi. Oddala od dziecka i nie pomaga mu rozwijać zdolności radzenia sobie z frustracją oraz zdolności symbolizowania, które pomoże mu znieść ból opuszczenia i wykluczenia.

KO: Matka, która ma zdolność zachowania rytmu dzień – noc umożliwia dziecku przepracowanie utraty dziecięcego poczucia wszechmocy.

MM: Tak, zgadzam się z Tobą. Matka „w rytmie dnia i nocy” zapewnia warunki do przepracowania tego doświadczenia. Przeciwnie do matki, która uważa, że dziecko nie jest w stanie bez niej żyć.

KO: A jakby spróbować odpowiedzieć na pytanie, po co to matce, z jakich powodów podtrzymuje konstrukcję typu: tylko ze mną jest ci dobrze, świat jest zły.

MM: Kobieta traktuje dziecko jako określoną część siebie. Na przykład matka nie przepracowała doświadczenia separacji czy utrat i nie potrafi znieść czekania, braku, zawiści. Uznaje więc, że to dziecko, a nie ona ma „takie” cechy. Z drugiej strony, opuszczenie przez matkę również zakłóca dziecko. Chodzi bowiem o zapewnianie optymalnej przestrzeni zamiast dwóch skrajności: nadmiernego trzymania lub zbyt dużej przestrzeni. Zamiast nadopiekuńczości występuje przesadna liberalność. Dziecko natomiast szuka wymiany i przekształcania przez matkę. Potrzebuje odnaleźć się w rytmach życia i radzić sobie z nimi; z rytmem projekcji i introjekcji, głodu i zaspokojenia, dnia i nocy.

KO: Wymiana między matką a dzieckiem umożliwia trawienie przeżyć i powstawanie myśli – myśl dla umysłu jest pokarmem tak jak dla ciała pokarm fizyczny. Jak rozumieć brak takiej zdolności matczynego przyjmowania dziecięcych stanów

MM: Uszkodzenie macierzyńskiego pomieszczania może być związane z odrzuceniem kobiecej receptywności. Dalej oznacza to niezdolność do znoszenia frustracji, myślenie konkretne, niezdolność do żałoby czy nie uznawanie granic pokoleniowych. Tak może być w przypadku kobiety, która nie zgadza się z na utratę fallicznej omnipotencji. Wtedy kobieca receptywność jest odsuwana i nie może się rozwinąć. Tak więc, akceptacja kobiecości oznacza rezygnację z omnipotencji. Zresztą dotyczy to również mężczyzn.

Zauważ, że rozwój w procesie analizy odbywa się dzięki odzyskiwaniu, naprawianiu funkcji kobiecej receptywności w pacjencie. Dzięki receptywności pacjent może korzystać z pokarmu - myśli analityka. Jednak nie raz w mniejszym lub większym stopniu dzieje się odwrotnie. Pacjent odwraca głowę, zamyka się, albo (i) sam karmi analityka. Dlaczego więc pacjent nie przyjmuje „pokarmu”? W 1937 ukazała się jedna z ostatnich prac Freuda „Analiza skończona i nieskończona”. Stwierdził tam, że „odrzucenie kobiecości stanowi ostatnią przeszkodę na drodze ku rozwojowi”. Kobiecość jest odrzucana, ponieważ kojarzy się z receptywnością i zależnością. To jest ostatnia przeszkoda, zdaniem Freuda, której często w analizie, zarówno kobiet, jak i mężczyzn nie możemy pokonać.

KO: Leczenie to wzmacnianie tej funkcji receptywnej?

MM: zmiany tej funkcji mogą być efektem analizy czy terapii, a nie celem. Niektórzy pacjenci są nadmiernie receptywni. Czy taki pacjent może być receptywny na spostrzeżenie własnej nadmiernej zależności? Czy terapeuta różnicuje zależność od nadmiernej zależności? Czy może terapeuta odgrywa rolę omnipotentnego obiektu, który karmi i karmi, „zadowolony”, że pacjent nie może bez niego żyć? Uważa, że pacjent powinien tęsknić za nim ciągle i zawsze. A jeśli nie może znieść weekendu bez terapeuty i potrzebuje go więcej i więcej, to „dobrze”.

KO: Powiedz coś proszę o kobietach, które – w konkrecie - nie są matkami. Niekiedy odnoszę wrażenie, że w społeczeństwie funkcjonuje pewnego rodzaju wymóg, presja, że kobieta powinna mieć dziecko, tak jakby mogła się zrealizować życiowo pod warunkiem, że urodzi dziecko.

MM: Kobiety z różnych powodów nie zostają matkami. Wyobrażam sobie, że w niektórych przypadkach, naciski i nietolerancja, mogą ożywiać wewnętrzny konflikt kobiety dotyczący lęków i pragnień posiadania dziecka. Wgląd w takie konflikty nie musi oznaczać, że kobieta postanowi starać się o dziecko. Powiedziałaś o kobietach, które „nie są matkami w konkrecie”. Mogą nie mieć dziecka, ale czy to znaczy, że nie spełniają jakiejś macierzyńskiej funkcji?

KO: Co sądzisz o postępie technologicznym w zakresie zapłodnienia. Jak nowe możliwości techniczne wpływają na macierzyństwo/matkę?

MM: Technologia jest ogromną szansą na posiadanie dziecka wtedy, gdy naturalne możliwości zawodzą. W związku z procedurą zapłodnienia kobieta, ale także mężczyzna, mogą czuć się pozbawieni uczucia omnipotencji stwarzania życia. Bywa, że pojawia się opór i wzajemne pretensje, kto zawinił. Zaraz jednak górę bierze szczęście posiadania dziecka i świadomość, że ta technologia zapłodnienia opiera się na naturalnym materiale pary. Myślę więc, że technologia wraz z lekarzem pełnią funkcję katalizującego połączenie, idealnego obiektu.

KO: A jednak tych nowych technologii można używać na różne sposoby, mogą być one pomocne – wzmacniające płodność i połączenie, ale równie dobrze mogą być używane – np. przez nadmiernie falliczną kobietę – w sposób destrukcyjny, do realizacji wizji o dokonaniu zapłodnienia bez stosunku, bez seksu.

MM: tak, wiedziona falliczną omnipotencją kobieta może chcieć obyć się bez mężczyzny. Zresztą są kobiety, które spłodziły dziecko bezpośrednio z mężczyzną, ale mają poczucie, że to jest tylko i wyłącznie ich dziecko i partner nie jest im potrzebny. Tak czy inaczej, w takich przypadkach można domniemywać narcystyczną fantazję o samozapłodnieniu, zawiść o penis lub (i) widzieć to jako tzw. „atak na wiązanie”. Mówiłem o tym wcześniej, że ów „atak” jest komunikatem i skrywa jakąś destrukcyjną historię, uwewnętrznione zakłócone połączenie między niemowlęciem i matką.

KO: Przychodzi mi na myśl temat zawiści o penis i gloryfikowania kobiecości. Mówisz, że nie ma matki bez ojca, bez połączenia, ale pewnie wiele kobiet, zdziwiło by się, słysząc ten pogląd. Wolą myśleć, że rola mężczyzny kończy się na mechanicznym zapłodnieniu, a cała reszta, cały trud spoczywa na kobiecie.

MM: Chyba uważasz, że problemy z kobiecą receptywnością, omnipotencją i „atakiem na wiązanie” są dość powszechnym zjawiskiem. Wyrażają się nieufnością i dewaluacją mężczyzny w roli ojca oraz zawłaszczaniem dziecka i wielkościowym przekonaniem o własnej roli. Z kolei niektóre kobiety nie chcą ciąży i dziecka. Jedne zmagają się z czymś w sobie przez lata, aby wreszcie starać się o dziecko, inne nie idą tą drogą. Zbytnim uproszczeniem byłoby zadowolić się ideą, że funkcja macierzyńska nie rozwinęła się z powodu poważnych zakłóceń pomieszczania w relacji tej kobiety z własną matką i przeciw-identyfikacji z nią. Powody „decyzji”, aby nie mieć dziecka są zwykle bardzo złożone.

KO: Na przykład w wyniku urazy – w postaci pojawienia się rodzeństwa, albo konfliktów i rozwodu rodziców tej kobiety. Czasami taka uraza zakłóca do tego stopnia, że prowadzi do całkowitego odrzucenia macierzyństwa.

MM: Myślę, że taka czy inna uraza spotyka się z wewnętrznymi cechami reagowania, np. niska tolerancja na frustrację, „alergia” na różnicę czy zawiść do piersi. Superwizowałem przypadek pacjentki, w którym urodzenie się siostry 1-2 lata po niej, rozbudziło silną nienawiść do matki, tym bardziej, że matka dużo zajmowała się drugim dzieckiem z powodu pewnej jego dolegliwości. Poczucie opuszczenia, zazdrość do siostry, zawiść do matki i poczucie winy były niezwykle bolesne. Jednak najbardziej pacjentkę bolało to, że mama nie pomieszczała i nie rozumiała jej złości, za którą była przez mamę krytykowana i karana. Aby usunąć taki ból, trzeba zdewaluować i usunąć obiekt – mamę. Na pierwszej konsultacji przed terapią powiedziała do terapeutki: „mam biologicznych rodziców”. Szybko znalazła w terapeutce idealną mamę. Pacjentka miała silne lęki przed posiadaniem dziecka. Umieszczała w dziecku własną zawiść i zachłanność, dlatego bała się, że dziecko ją zniszczy. Uważała również, że powinna być wręcz idealną matką. Odkładała więc zajście w ciążę do granic biologicznych możliwości. Odbudowa wewnętrznej mamy była trudną, wieloletnią pracą, która została zwieńczona ciążą i urodzeniem dziecka.

KO: Przeczytałam ostatnio artykuł o mężczyźnie, który urodził dziecko, do tej pory nie jestem pewna czy to było na poważnie czy w ramach żartu na prima aprilis – chodzi o wydanie Wysokich Obcasów z 1.04.

MM: Klein opisała występującą u mężczyzn, komplementarną do kobiecej zawiści o penis, zawiść o łono i zdolność rodzenia. Zazdrościmy sobie takich funkcji. Chociaż niektórzy mężczyźni mówią „zaszliśmy w ciążę”, mając na myśli swoją więź z partnerką, to jednak nie oznacza, że nie mogą się pogodzić z tym, że nie mogą rodzić dzieci. Mogą „rodzić” idee.

KO: Pewne filmy obrazują poruszane przez nas tematy. Zabiłem swoją matkę to film o separacji, o matce nadmiernie przywiązującej – chłopak uśmierca swoją matkę, nie dosłownie, tylko słowami, mówiąc wszystkim, że ona nie żyje.

MM: To mi przypomina klasyka wśród horrorów, film Psychoza w reżyserii Alfreda Hitchcocka. Jest to historia morderstwa dokonanego przez syna na matce. Jednak bohater „żyje” z tą matką, z jej zwłokami w domu. Dokonuje kilku kolejnych morderstw przebierając się za matkę. Ten film pokazuje niezwykłą siłę zawiści dziecka do matki, do tego wszystkiego, co ona posiada, gdy ono cierpi brak i czuje się na granicy śmierci. Identyfikacja z morderczą matką nasuwa myśli o niemowlęcym lęku przed śmiercią, a także o instynkcie śmierci, który skierowany jest przeciwko życiu, przeciwko bogactwu kobiecości i jej połączeniu z męskimi elementami w naszej osobowości.

KO: W filmach, i innych formach artystycznych, spotykamy uwypuklone ilustracje zjawisk, o których mówimy (choć oczywiście w życiu takie skrajne sytuacje również występują). Na zakończenie chciałabym powrócić do tematu przewodniego naszej rozmowy – matka i funkcja analityczna. Wiele razy zaznaczałeś, że matka zaistnieje pod warunkiem połączenia z elementem ojcowskim. W procesie analizy czy terapii analitycznej mówimy o tym, jak ważna jest możliwość dokonywania obserwacji tego, co się dzieje w gabinecie – czy to z pomocą superwizora czy grupy seminaryjnej …. Odnajduje to również odzwierciedlenie w specyfice szkolenia psychoanalitycznego, które kładzie nacisk na połączenie kilku elementów – nauki teorii, superwizji, pracy własnej.

MM: Za istotną kompetencję analityczną, uważam zdolność do przepracowywania przeciwprzeniesienia. Przepracowywanie opiera się na łączeniu kobiecego i męskiego, które umożliwia trójkątowy, symboliczny tryb myślenia. Szkolenie stwarza warunki do rozwoju tej zdolności, szczególnie wtedy, gdy my jako nauczyciele, jesteśmy receptywni wobec kandydata, a przekazywana przez nas wiedza analityczna oraz pewien wzór wykonywania tego zawodu połączona jest ze wspieraniem rozwoju własnego myślenia analitycznego szkolącego się. Myślę dziś, że celom szkolenia służy przede wszystkim analiza własna, a także rozwój zdolności uczenia się od nauczycieli i uczenia się od pacjenta.

KO: Dziękuję Ci za rozmowę.

KWALIFIKACJA NA SZKOLENIE 2019/20

Szkolenie Studium Psychoterapii Psychoanalitycznej jest afiliowane w Polskim Towarzystwie Psychoterapii Psychoanalitycznej i przebiega w oparciu standardy Europejskiej Federacji Psychoterapii Psychoanalitycznej oraz projektu ustawy o zawodach medycznych regulujących tryb uzyskiwania kwalifikacji psychoterapeutycznych. Prześlij aplikację na adres mail opptrojmiasto@wp.pl

Szkolenia

Teksty naukowe

O nas

Psychoanaliza

Aktualności

Audio-Wideo

Konferencje